Matanzas

Kuba Dzień 1- poszukiwania hotelu w Matanzas.

Wsiedliśmy do Viazula na lotnisku i przez następne pół godziny nie musieliśmy się niczym przejmować. Problemy zaczęły się, kiedy wysiedliśmy w Matanzas. Konkretnie problemy z adresem. Spróbujcie wysiąść z samolotu na Kubie, dotrzeć do jakiegoś miasta, którego mapy nie macie, bo jesteście w nim jedynie przejazdem i znaleźć tam jakiś adres. Z powodu zmęczenia z logiką kiepsko, pierwszy raz widzicie sposób adresowania na Kubie, macie przed oczami ciąg nic nie mówiących Wam nazw, nie wiecie, czy to jedna ulica, dwie, czy może nawet trzy i na której poszukiwany budynek powinien się znajdować. Jak szukaliśmy naszego hotelu (i dlaczego w ogóle zatrzymaliśmy się w hotelu) opisałam w Anegdocie 1 na końcu.

Matanzas – Hotel Velasco – pierwszy nocleg na Kubie.

Hotel, jak się potem okazało jeden z najlepszych w mieście, znajdował się w samym przy Placu Wolności (Plaza de la Libertad).
Hotel Vesasco wybudowany w 1902 roku (w 2011 odrestaurowany) ma zarówno prawdziwy kubański klimat z początków XX w., jak i wszystkie wygody XXI w. Warto na niego zerknąć, nawet jeśli się nie mieszka. W pobliżu znajduje się Teatro Sauto, a po przeciwnej stronie placu Muzeum Farmacji (opisane niżej).

img_0214

Hotel Velasco (E)

Poniższe zdjęcia recepcji (hallu) i łazienki ściągnęłam ze strony hotelu. Mam nadzieję, że w ramach „reklamy”, nie oskarżą mnie o plagiat tym bardziej, że przyznaję się bez bicia, że sama tych zdjęć nie zrobiłam. W łazience była nawet suszarka. Oprócz tego pełen zestaw kosmetyków (szampon, żel pod prysznic, pasta do zębów, lotion) i ręczniki.

Hotel Velasco on Liberty Square (Plaza de la Libertad) in Matanzas City, was built in 1902 by Luis Zorrilla Velasco. In 2011 its restoration was completed and the Velasco is now open again.

Recepcja / hall hotelu Velasco (zdjęcie ze strony hotelu).

Hotel Velasco on Liberty Square (Plaza de la Libertad) in Matanzas City, was built in 1902 by Luis Zorrilla Velasco. In 2011 its restoration was completed and the Velasco is now open again.

Łazienka w hotelu Velasco (zdjęcie ze strony hotelu).

W trakcie meldowania się w recepcji dostaliśmy drinki powitalne, podpisaliśmy się w księdze meldunkowej, dostaliśmy klucz i wielce szczęśliwi powędrowaliśmy do naszego pokoju. Całe zmęczenie gdzieś odleciało, a z radości, że jesteśmy na Kubie i na razie wszystko się udało, zaczęliśmy tańczyć na środku pokoju. Kuba o rany!

Matanzas – widok na Plaza de La Libertad.

Po szybkiej toalecie zeszliśmy na dół, żeby pooglądać Matanzas o zmroku (słońce zachodzi o tej porze roku przed 19, a jak to na równiku- zmrok zapada momentalnie).
Taki widok mielibyśmy z okna, gdybyśmy do niego mogli dosięgnąć wzrokiem (znajdowało się na wysokości jakichś 2 metrów- nie pytajcie nas dlaczego):

Matanzas Parque Libertad

Parque Libertad w Matanzas (E).

Plaza de la Libertad z parkiem o tej samej nazwie (Parque Libertad) jest jednym z dwóch najbardziej interesujących placów w Matanzas. Drugi to Plaza de La Vigía– historyczne centrum miasta.

Kolacja

Zmęczenie może odpłynęło, ale głód nie, więc po krótkim spacerze wróciliśmy na kolację. Jadalnia była elegancka. Z początku byliśmy sami, potem pojawili się inni goście i zespół muzyczny.

dsc_0048

Jadalnia w hotelu Velasco- wybieram dania na naszą obiadokolację (B).

wp_20160226_02_19_52_pro

Jadalnia w hotelu Velasco z zespołem muzycznym- widok z balkonu na piętrze (E).

Jedzenie nie było specjalnie wyszukane- kurczak Bolka, to po prostu udko, a moja wieprzowina, to dwa duszone kawałki czegoś przypominającego dość chudy karczek. Nie wiem, czy było dobre- byliśmy tacy głodni, że nawet paskudztwo by nam smakowało. Za to bardzo nas rozbawiła jedna pozycja w menu wśród alkoholi:

menu_wodka

Wódka Wyborowa w kubańskim menu 🙂 (E)

Zamówiliśmy sobie po drinku (w większości lokali na Kubie drinki kosztują ok. 3 CUC). Dość szybko poszliśmy spać. Ja bez problemu przespałam całą noc. Bolek pomimo, że w Polsce zabezpieczył się w melatoninę, dobre kilka godzin przewracał się w łóżku.

Kuba Dzień 2- dzień naciągaczy.

Około 7 rano dnia następnego obudziło nas wycie syren. Byłam nieco zdezorientowana. Przed wyjazdem kuzyn Bolka nastraszył nas, że umarł jakiś Castro. Syreny wyją dalej. Myślę sobie: Fidela szlag trafił, żałoba narodowa, no to będziemy mieć udany wyjazd. Na szczęście chwilę później z głośników gruchnęła wesoła muzyka.
Na śniadanie zeszliśmy o 8 rano, wtedy też zobaczyliśmy co było powodem porannej pobudki- impreza rowerowa. Wszamaliśmy szybko wszystko, co nam podali (przystawkę z owoców, jajecznicę na boczku i szynkę z pieczywkiem, dżem).

sniadanie

Śniadanie- przystawka z owoców (B).

Po śniadaniu poszliśmy pooglądać start wyścigu rowerowego, czy co to miało być.

impreza-rowerowa

Impreza rowerowa (B)

Za wyścigiem jechał serwis rowerowy 😉 (czyli dwóch gości na motorze, z których jeden trzymał koło na wymianę):

serwis-rowerowy

Serwis 😉 (B)

Pierwsze zakupy.

Wyścig ruszył, rowerzyści odjechali, impreza w rynku się skończyła. W tym czasie wzięliśmy prysznic i spakowaliśmy nasze bagaże. Doba hotelowa kończyła się o 12, ale przed wyjazdem do Hawany chcieliśmy jeszcze obejrzeć przynajmniej kawałek Matanzas no i zaopatrzyć się w Guayaba Tintura. W tym celu ruszyliśmy okolicznymi uliczkami. W aptece popełniłam pierwszy błąd w tym dniu. Zamiast CUP wyciągnęłam CUC. Na szczęście pani, która sprzedawała była uczciwa i wydała mi odpowiednią resztę. Po drodze trafiliśmy do sklepu, gdzie zaopatrzyliśmy się w kilka puszek kubańskiej coli (za 10 CUP/szt.) i piwo dla Bolka (za 20 CUP/szt.).

Miasto Matanzas.

Miasto jest stolicą prowincji Matanzas. Nie ma tu jednak tylu turystów, co w innych miejscach, w których byliśmy później, co jak dla nas stanowi duży plus. Widzieliśmy remizę strażacką, most Puente Calixto García, kilka ciekawych budynków, „stare” samochody. Jako, że był to nasz drugi dzień na Kubie, wciąż wszystko nas zachwycało. Remiza znajduje się obok Plaza de La Vigía– historycznego centrum miasta. Na samym placu można podziwiać budynek Palacio de Justicia z 1836 r. Ponadto z ciekawszych budynków znajduje się tam Taberna La Vigía. Obok jest Muzeum Historii Prowincji (Museo Histórico Provincial).

Matanzas Palacio de Justicia

Matanzas Palacio de Justicia przy Plaza de La Vigía (E)

img_0187

Remiza strażacka- Matanzas (E).

Matanzas miasto mostów

Matanzas- miasto mostów – Puente Calixto García (E).

Targ w Matanzas.

Znaleźliśmy też targ, na którym niestety nie mieliśmy co kupić. Banany były tylko takie do smażenia, warzywa też raczej do gotowania, niż jedzenia na surowo. Na targu spotkaliśmy naciągacza i straciliśmy 5 CUC (głupota kompletna tym bardziej, że nas ostrzegano przed wyjazdem). Poniższą historię przedstawiam ku przestrodze!

img_0207

Targ i nasz „przewodnik opiekun” z rowerem (E)

Historia ku przestrodze.

Podszedł do nas bardzo miły pan z rowerem. Zapytał skąd jesteśmy. Odpowiedzieliśmy, że z Polski. Zaczął z nami rozmowę, opowiadał trochę o Kubie i Matanzas. Na pytanie skąd zna tak dobrze angielski odpowiedział, że był kiedyś przewodnikiem i że jeśli chcemy, to nam pomoże. Chodziliśmy z nim i słuchaliśmy.

Zaoferował też, że zna miłą panią, której mąż pracuje na plantacji tytoniu i ma prawdziwe, dobre cygara w znacznie niższej cenie (czytajcie podróby). Obejrzeliśmy je, ale nie kupowaliśmy- Bolek zorientował się już, że to naciągacz i wyszedł z domu owej pani, ja próbowałam być jeszcze miła i grzeczna i tłumaczyłam, że nie kupimy teraz cygar, bo przed nami dwutygodniowa podróż, a mamy ciężkie, pełne plecaki. Dodam, że jak na podróby, były strasznie drogie.

Nasz „opiekun” odprowadził nas pod hotel i oczywiście na pożegnanie zapytał, czy nie damy mu trochę pieniędzy dla dzieciaków. Już miałam wyciągnąć 1 CUC, kiedy mój „mądry” mąż, który wcześniej zorientował się, że ma do czynienia z naciągaczem, głupio zapytał „ile”. No to się dowiedzieliśmy, że „usługa” oprowadzania kosztuje 5 CUC.

Mieliśmy wziąć plecaki z hotelu, a nasz przewodnik miał nas zaprowadzić w miejsce, skąd odjeżdża lokalny transport do Hawany. Oczywiście jak wyszliśmy z bagażami, to jego już nie było.
Na drugiego naciągacza trafiliśmy w tym samym dniu, w Hawanie (ale o tym w zakładce Hawana).

img_0210

Spacer uliczkami Matanzas. Nasz „przewodnik opiekun” w trakcie rozmowy z Bolkiem (E).

Muzeum Farmacji w Matanzas (Museo Farmaceútico de Matanzas).

Nie przejmując się zbytnio stratą „przewodnika” (stratą 5 CUC bardziej) poszliśmy jeszcze obejrzeć Muzeum Farmacji (Museo Farmaceútico). Po wydaniu 3 CUC za osobę za zwiedzanie doszłam do wniosku, że chociaż zazwyczaj podczas podróży po różnych ciekawych miejscach, pcham się do wszystkich zabytków, na Kubie zupełnie się to nie opłaca, bo za dużo do oglądania, to tam nie było.

img_0222

Muzeum Farmacji w Matanzas (E).

img_0231

Muzeum Farmacji- moździerz (E).

 

Podróż do Hawany

Po wyjściu z muzeum wróciliśmy pod hotel i zastanawialiśmy się, jak dojechać do Hawany. Ponieważ nasz „przewodnik” zniknął, nie mieliśmy kogo zapytać. Na rynku stali sami taksówkarze, którzy z przyjemnością zawieźliby nas na miejsce, ale za stanowczo wygórowaną cenę. Chcieliśmy jechać jakimś lokalnym transportem dla tubylców.

Najpierw (spod katedry- Catedral San Carlos Borromero z 1693 r., koło Placu Wolności) dojechaliśmy miejskim omnibusem  do miejsca, skąd odchodzi transport zbiorowy do Hawany (pod beisbolito), a potem wsiedliśmy w autobus dla Kubańczyków, ale należący do prywatnego przewoźnika (tak, dobrze przeczytaliście- na Kubie są już firmy „niepaństwowe”).

Wybór środka transportu okazał się być trafny. Kierowca nie szczędził paliwa, jechał szybko, po 1,5 godz. byliśmy na miejscu. Na prawdę polecam.
Dokładny opis, skąd wiedzieliśmy czym i z jakiego miejsca jechać oraz ile to kosztowało w Anegdocie 2.

img_0259

Nasz transport z Matanzas do Hawany- prywatny autobus na Kubie (E).

img_0242

Prywatny autobus z Matanzas do Hawany od środka (E).

Anegdota 1

Przed wyjazdem czytaliśmy na różnych stronach, że trzeba mieć zarezerwowane noclegi najlepiej na cały pobyt, a w najgorszym razie przynajmniej na pierwszą noc, bo jeśli nie, to mogą nas z lotniska nie wypuścić, albo w ogóle zamknąć za „włóczęgostwo” 😉 Nie wiem, jak z lotami rejsowymi, ale ponieważ czarterami zwykle latają zorganizowane wycieczki z biur podróży, to nikt nas o nic nie pytał.

Jak już może wspomniałam we wcześniejszych wpisach- jestem trochę strachliwa. Bałam się może nie tego, że będziemy mieć problemy na lotnisku, ale że znajdziemy się w obcym kraju, nie znając języka, zmęczeni po locie i bez noclegu przyjdzie nam spędzić noc na ulicy, która po zmierzchu może wcale nie być taka bezpieczna. W związku z tym na gwałt szukałam jakiejś wolnej casy.

Nie wiedziałam, czy będzie miejsce w Viazulu do Hawany, taksówka z lotniska w tamtym kierunku mogłaby nas zrujnować. W związku z tym szukałam w Varadero i w Matanzas. Niestety nie udało mi się znaleźć nic wolnego poza ostatnim dwuosobowym pokojem w hotelu w Matanzas. Jeszcze przed przybyciem na Kubę wydałam 80 € za pokój dwuosobowy (na szczęście z obiadokolacją i śniadaniem), co uznałam za straszną rozrzutność.

Poszukiwania hotelu.

Kiedy wysiedliśmy na przystanku Viazula w Matanzas, wyciągnęłam wydruk z rezerwacją hotelu, żeby znaleźć adres, no i zobaczyłam coś takiego:
Calle Contreras e/Santa Teresa y Ayuntamiento. Matanzas
Co to w ogóle jest? Gdzie ten hotel się znajduje? Na której z wymienionych ulic? Pod jakim numerem? Nikt nas wcześniej nie uprzedził, jak wyglądają adresy na Kubie.

Bolek wyciągnął telefon, włączył nawigację, spróbował wpisać cały ciąg i oczywiście nic mu nie wyskoczyło. Zapytaliśmy przechodnia, machnął ręką, w którym kierunku powinniśmy się udać, toteż poszliśmy tam. Idziemy i idziemy jakąś długą ulicą i nic.

W końcu dorwaliśmy innego przechodnia (młodego chłopaczka) pytając znowu o ten adres. Próbował coś tłumaczyć, ale my ni w ząb po hiszpańsku, on ni w ząb po angielsku, więc nic z tego nie wyszło. W końcu machnął na nas, żebyśmy za nim poszli. Znowu idziemy i idziemy, powoli słońce zaczyna zachodzić, a my zaczynamy się co raz bardziej denerwować. W końcu zatrzymał się na skrzyżowaniu, kazał skręcić w lewo i dalej iść prosto- tyle zrozumieliśmy na migi. Z dalszego wywodu zrozumiałam tylko słowo tres, a z machania domyśliłam się, że chodzi o 3 przecznice. Kiwnęłam głową i powiedziałam gracias. Chłopaczek uznał, że zrozumiałam, wyściskał nas dwoje na pożegnanie i poszedł w swoją stronę.

My ruszyliśmy dalej. Minęliśmy 3 przecznice i naszego hotelu dalej nie ma. Bolek jeszcze raz wpisał w nawigację adres (tym razem tylko pierwszy człon z trzech) i o dziwo coś mu wyskoczyło. Okazało się, że trzeba było minąć nie 3, a 5 przecznic, ale w końcu dotarliśmy do celu.

wróć

Anegdota 2

Nie mając bladego pojęcia skąd odjeżdża transport publiczny do Hawany, wróciłam do hotelu i zwyczajnie zapytałam recepcjonistę. Oczywiście w pierwszej chwili wysłał nas do Viazula, ale uparłam się, że chcemy łałą. Powiedział mi, że powinniśmy się udać pod stadion baseballu (coś, co brzmiało beisbolito). Zapytałam, czy dojdziemy tam na nogach. Powiedział, że nie, jest tam co najmniej 5 km i że powinniśmy wziąć taksówkę. No to ja znowu swoje- local transport. Tu już wyrwało mu się westchnienie, ale grzecznie powiedział, że możemy spróbować pod katedrą, aczkolwiek nie wie, o której coś przyjedzie i czy nas zabierze. Podziękowałam i wyszłam ciągnąc Bolka pod katedrę.

Kubański miejski omnibus.

Mieliśmy szczęście- autobus podjechał 5 min później. Zaczepiłam jedną z wsiadających Kubanek i powiedziała mi, że tak, ten autobus jedzie pod „bejsbolito” (oczywiście rozmowa toczyła się bardziej na migi niż słownie). Na wszelki wypadek poczekaliśmy aż wszyscy Kubańczycy wsiądą, żeby nie było, że ktoś się przez nas nie zmieścił i przez to nas wyrzucą, a następnie wsiedliśmy do autobusu. Podałam banknot 20 CUP (nie miałam niższego nominału). Autobus okazał się być omnibusem, którym turyści nie mogą jeździć, ale kierowca popatrzył na pieniądze, schował na kupkę i kiwnął głową, żebyśmy przesunęli się dalej. Reszty nie wydał, ale doszłam do wniosku, że to „haracz” za przymknięcie oka na fakt, że nie jesteśmy tubylcami, w dodatku mamy dwa duże plecaki, które zajmują miejsce dla dwóch kolejnych osób.

Szybko przeliczyłam w głowie, że 20 CUP, to niecałe 4 złote, czyli po 2 złote na łebka za przejazd- 2x taniej niż w Krakowie za komunikację miejską. Można przeboleć.
Następnie próbowaliśmy się dowiedzieć, gdzie powinniśmy wysiąść. Trudna sprawa bez znajomości hiszpańskiego. Na szczęście trafiła się jakaś pani, która trochę dukała po angielsku i powiedziała nam, że to 5, albo 6 przystanek (nie była pewna). Niestety wysiadała wcześniej. Zbliżając się do piątego przystanku zapytałam otaczających mnie pasażerów „bejsbolito?”. Tak długo się zastanawiali, że kierowca zdążył dojechać i prawie odjechać, ale na szczęście w ostatnim momencie zdążyliśmy wysiąść.

Transport do Hawany.

Bolek mnie pozostawił konwersację z tubylcami, bo znałam przynajmniej kilka podstawowych zwrotów, a on na tym etapie umiał powiedzieć tylko „hola!”.
Na przystanku zapytałam dwójkę dzieciaków o łałę do Hawany. Znowu potok hiszpańskich słów. Znowu moje „No hablo español”. Dzieciaki rozejrzały się i wskazały nam autobus stojący parę metrów dalej. Nie wyglądało to jak łała, ale podziękowaliśmy grzecznie i poszliśmy sprawdzić co to takiego. Jak przypuszczam autobus należał do jakiegoś prywatnego przewoźnika, bo transport publiczny można na Kubie poznać na pierwszy rzut oka.

Dostaliśmy ofertę 5 CUC za dwie osoby. Kubańczycy oczywiście płacili mniej, my wtedy nie umieliśmy się (jeszcze) targować. Zagadał do nas pośrednik (kierowca mówił tylko po hiszpańsku), więc tym drożej nas to wyszło, ale i tak jesteśmy zadowoleni.
Prywatni przewoźnicy sami narzucają cenę za przejazd i jest ona wyższa niż w pojazdach państwowych (nawet dla Kubańczyków). W związku z tym, równowartość naszych 20 złotych za 2 osoby (10 zł/1 os.) na trasie ok. 100 km uznaliśmy za rozsądną cenę (taniej niż w PKS), tym bardziej, że była ponad 2x niższa niż za Viazula (7 CUC=28 zł/1 os. na tej samej trasie).
Ponadto byliśmy trochę późno (koło południa), więc moglibyśmy mieć problem ze złapaniem czegoś innego, toteż nie marudziliśmy.

Sam autobus polecam bardzo. Wygodny, szybko się porusza (w przeciwieństwie do łały), wokół sami Kubańczycy, z radia lecą fajne kubańskie kawałki. Jedyne, z czego nie jestem zadowolona, to z samej siebie. Targujcie się! Mogliśmy tą trasę zrobić za 3 CUC. W dodatku trzeba było wyciągnąć 60 CUP i pewno też by przeszło. No cóż, ale i tak te 5 CUC było lepiej ulokowane niż te włożone w pożal się Boże przewodnika.

Podróż do Hawany.

Jechaliśmy przez Puente de Bacunayagua– najwyższy most na Kubie. Ma 100 metrów wysokości, 300 m długości i 16 m szerokości. Jego budowa zakończyła się w tym samym roku, co rewolucja- 1959.

Niestety nie mam dobrego zdjęcia, bo jechaliśmy autobusem, który nie miał przystanku na moście. Za to posiadał strasznie brudne szyby 😉 Może kierowca zatrzymałby się na naszą prośbę, gdybyśmy znali hiszpański. Kubańczycy są raczej przyjaźnie nastawieni i nie pędzą z szałem w oczach, bo im się spieszy. W Europie, czy Ameryce prośba o krótki postój prawdopodobnie spotkałaby się z głośnym protestem pasażerów, którzy na pewno byliby już spóźnieni. Na Kubie nie ma tego problemu, ale niestety nieznajomość języka przeszkodziła nam w ujęciu panoramy mostu. Ale mała strata- jest sporo ujęć w internecie np. na stronie National Geographic, albo na Wikipedii.

droga z Matanzas do Hawany

Most na rzece Bacunayagua- widok z okna autobusu (E)


wróć

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *