Pinar del Río i Viñales

Nastał poniedziałek – 5 dzień na Kubie – dzień wyjazdu z Hawany.

Podróż do Viñales przez Pinar del Río.

Kiedy brałam prysznic przed wyjazdem (w Hawanie), nagle brakło prądu. Musiałam skończyć ablucje po ciemku i w dodatku w zimnej wodzie (podgrzewacz był  na prąd). Pakować się też musieliśmy w słabym świetle, bo okna wychodziły na wewnętrzne podwórko, a były skonstruowane tak, że przepuszczały raczej mało światła. Bałam się, że czegoś zapomnimy. Na szczęście wzięliśmy wszystko (chyba).
Adres w Viñales mieliśmy. Gdzie się mamy udać, żeby złapać transport też wiedzieliśmy (Anegdota 1). W najbliższej budce pokrzepiliśmy się bułkami z jajkiem i kubańską colą i ruszyliśmy w drogę.
Nasze pertraktacje z taksówkarzami możecie przeczytać w Anegdocie 2.

Droga w taxi collectivo upłynęła w fajnej atmosferze. Kierowca był sympatyczny, jechaliśmy z samymi Kubańczykami, w tle leciała muzyka. Po drodze mieliśmy postój na kempingu.

taxi collectivo do Viñales

„Fura”, którą jechaliśmy do Pinar del Río (E)

Guayabita

Po przyjeździe do Pinar del Río kierowca chciał się dalej targować i zaczął schodzić nam z ceny za trasę do Viñales. Podziękowaliśmy mu jednak, bo będąc w Pinar del Río postanowiliśmy przy okazji wstąpić do wytwórni brandy, którą w tamtych okolicach robią z gujawy (guayaby)- Fábrica Casa Gray de Guayabitas dle Pinar. Zwiedzanie, wraz z kosztowaniem specyfiku- 2 CUC od osoby. Czy się opłaca? Dla osób, które nie znają hiszpańskiego- średnio. Pani przewodniczka mówiła głównie po hiszpańsku- więcej domyślaliśmy się z demonstracji, niż z jej słów. Guayabitę można kupić w tej samej cenie (a nawet chyba odrobinę taniej) w strefie bezcłowej na lotnisku (ok 3,5-4 CUC za butelkę).

Fabryka Guayabity po drodze do Viñales

Wytwórnia brandy z guawy w Pinar del Río – pokaz (E).


Po wyjściu z  wytwórni Guayabity poszliśmy w kierunku siedziby Viazula. 

Po drodze wstąpiłam do cadeki, żeby wymienić jeszcze 300 euro na CUC. Łącznie, w ciągu całego pobytu, wymieniliśmy 900 euro (1800 zł na osobę). 
Mijając lodziarnię kupiłam 2 najdroższe lody „na wypasie”, płacąc po 5 CUP za sztukę, czyli niecałą złotówkę za loda. Lody były wielkie, polane polewą i posypane orzeszkami.

Droga z Pinar del Río do Viñales.

Na postoju taksówek odbyliśmy rozmowę z tamtejszymi taksówkarzami, dzięki którym pojechaliśmy autobusem 😉 (Anegdota 2). Dowiedzieliśmy się w końcu ile kosztuje przejazd publicznym środkiem transportu po mieście i w okolicach- 1 CUP od osoby (20 groszy).

przystanek na wylotówce do Viñales

Lokalny transport publiczny- przystanek na wylotówce do Viñales (B)

W autobusie poznaliśmy bardzo sympatycznego koszykarza, (nauczyciela WF-u), który pomógł nam znaleźć nasz adres z noclegiem. Młody mężczyzna chodził z nami przez ponad pół godziny, wypytując mijanych ludzi o dane z kartki, ponieważ nikt nie wiedział, gdzie znajduje się nasza ulica. Poprosił też jakąś panią, żeby zadzwoniła pod podany numer telefonu, dzięki czemu znaleźliśmy w końcu miejsce docelowe. Ani on, ani dzwoniąca pani nie chcieli słyszeć o żadnej gratyfikacji za okazaną pomoc.

Viñales - pomoc

Dzięki takim życzliwym ludziom poradziliśmy sobie na Kubie (B)


Viñales

Samo Viñales, to małe miasteczko, o typowo prowincjonalnym wyglądzie. Jakbym miała je porównywać do jakiejś polskiej miejscowości, wybrałabym Zakopane. Też leży w górach (w parku narodowym), też jest niewielkie i też zdzierają kasę z turystów, jak tylko mogą (nasi górale kochają „dutki”, a mieszkańcy Viñales „kuki”).

Rynek w Viñales

Rynek w Viñales (E).

Nocleg

Miejsce, gdzie nocowaliśmy, było bardzo przyjemne, czyste i miało niezły standard. Koszt noclegu- 25 CUC (jak wszędzie).

Pokój w casie w Viñales

Pokój w casie w Viñales (E)

Niestety zaszaleliśmy.
Domowa atmosfera skusiła nas do zamówienia obiadu (10 CUC za osobę) i śniadań (5 CUC za osobę). Ja litrami wypijałam sok-mus z mango (płatny osobno). Drugiego wieczoru zamówiliśmy nawet drinki.
Nie pytajcie o rachunek, bo mnie prawie przyprawił o zawał. Powiem tylko, że przyzwyczajona do cen soków w lokalnych budkach, nie spodziewałam się, że tak nas skroją. Dobrze chociaż, że posiłki były „na wypasie”.

DSC_0477

Śniadanie- przystawka- słodkie placuszki i owoce. Oprócz tego można było dostać jajka w dowolnej postaci i kanapki (B).

Brać czy nie brać przewodnika? Oto jest pytanie…
Jak sobie na nie odpowiedzieliśmy w Anegdocie 3.

Zwiedzanie Viñales.

Rano pokrzepiliśmy się śniadaniem, na które składały się owoce, domowe słodkie placuszki z miodem, jajka (w wybranej formie) i po 2 kanapki z szynką (mielonką) i serem żółtym. Podczas posiłku ustaliliśmy trasę. 

Przed wyjściem założyłam bandaż elastyczny na kolano. Trochę pomogło, ale wciąż bolało 🙁 A dlaczego wspominam znowu o kolanie? Nie tylko po to, żeby sobie pomarudzić. Widok zabandażowanego kolana wywoływał u Kubańczyków efekt płatnego współczucia- jeszcze więcej taksówkarzy oferowało nam swoje usługi za jeszcze wyższą cenę. Najpierw grzecznie pytali, czy z kolanem mam problem, żeby następnie wyskoczyć z ofertą.

Ogród botaniczny (Jardín Botánico) –  Casa de Caridad

Najpierw zaczęliśmy od ogrodu botanicznego (Jardín Botánico) Casa de Caridad. Ogród został założony przez 2 siostry, których rodzice byli na Kubie imigrantami (ojciec pochodził z Azji, matka była Murzynką).

Założyciele ogrodu botanicznego w Viñales

Założycielki ogrodu i ich rodzice (E)

Rośliny hodowane w nim są w naturalny sposób bez sztucznych nawozów, oprysków itp. Na koniec wycieczki można spróbować pysznych, soczystych owoców niemodyfikowanych genetycznie. Opłata dowolna („co łaska”).

Kakaowiec

Kakaowiec- widać owoce na różnym etapie dojrzewania (E).

Dowiedzieliśmy się, jak rosną ananasy (zdjęcie poniżej). Zważywszy na fakt, że jedna roślina w życiu wydaje tylko jeden owoc i w dodatku dopiero po dwóch latach od posadzenia- hodowla nie wydaje się zbyt opłacalna. Za to w domu można samemu wyhodować owoc w doniczce- wystarczy odciąć górny „pióropusz”, ukorzenić go w ziemi i po dwóch latach powinniśmy się doczekać efektu- polecam ludziom cierpliwym i lubiącym roślinki 🙂

ananas

Tak rosną ananasy – na jednej roślinie wyrasta jeden owoc (E).

Bardzo polecam odwiedzenie Casa de Caridad przy okazji pobytu w Viñales. Bolkowi tak posmakowały wyhodowane tam grejpfruty, że kupił dwa dodatkowe (chociaż chcieli mu dać za darmo).

Bolek i bambus

Bolek i bambus (E).

Następnie spacerkiem ruszyliśmy w kierunku prehistorycznego murala, który ponoć miał się znajdować jakieś 7 km dalej. Ze względu na moje kolano postanowiliśmy skorzystać z oferty pana, jadącego wózkiem ciągniętym przez konia. Z 5 CUC za podwózkę zeszliśmy do 3 (zapłaciliśmy 70 CUP). Normalnie nie pozwoliłabym sobie na taką „rozrzutność”, ponadto straszne żal mi było szkapiny, która była strasznie chuda i miała poobcierane boki 🙁

El Mural de la Prehistoria– czyli jak wzrok Fidela zmienia skały…

Pewnego dnia Fidel Castro odpoczywał na polanie wpatrując się w okoliczny górzysty krajobraz. Nie wiem, jak długo tak dumał i o czym, ale  widok tak go natchnął, że polecił oczyścić skałę, którą miał w tym czasie przed oczami, zerwać mchy i namalować ewolucję człowieka od zarania dziejów po kubańskich Indian, rdzennych mieszkańców wyspy. Mały człowieczek z tyłu, to nie tyle ich potomek, co rodzący się człowiek socjalizmu. Dzieło powstało w latach 60-tych XX wieku, niedługo po rewolucji, kiedy socjalizm dopiero rozwijał się na Kubie. O tym miejscu ciekawie opowiada pan Makłowicz w jednym ze swoich odcinków kręconych na „wyspie jak wulkan gorącej” (odc. 173 Hawana).

mural

El Mural de la Prehistoria (E).

Oczywiście jak zwykle przy zwiedzaniu mieliśmy pecha. Nie chcieli nas wpuścić w pobliże murala, bo podobno miał się tam odbywać lokalny festiwal tytoniu, czy coś w tym stylu. Kiedy wyraziliśmy zainteresowanie festiwalem powiedziano nam, że jest to zamknięta uroczystość, a ponadto zakończyła się dzień wcześniej (z jakiego powodu nas nie chcieli wpuścić, skoro imprezy już nie było?- mnie się nie pytajcie). Zresztą ciężko było zrozumieć gościa, który nam tłumaczył dlaczego nie możemy wejść. Sam mural jak dla mnie zbyt jaskrawy, ale i tak się z nim sfotografowaliśmy.

mural i my

Mural i my.

Wspólne zdjęcie zrobił nam Bułgar, który słysząc z naszych ust słowo „może” zorientował się, że jesteśmy Polakami (cytuję jego wypowiedź: „może… może… Polska!). Powiedział nam, że jest głęboko rozczarowany Kubą. Nie wyjaśnił z jakiego powodu. Myślę, że jest to reakcja wielu ludzi, którzy przed wyjazdem zapoznali się tylko z kolorowymi przewodnikami turystycznymi.

Droga spod murala.

Czekała nas droga powrotna spod murala (ciągnie się ona między dwoma widocznymi na zdjęciu mogotes*, potem skręca w lewo i dalej idzie prosto do Viñales. Tym razem została w całości pokonana przez nas na nogach.

Droga spod murala

Droga spod murala (E).

Widoki, które roztaczały się przed naszymi oczami były piękne. Po drodze zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym, który na Kubie nazywa się mirador.

Widok1-Vinales

Widok po drodze do mirador (E).

Widok2-Vinales

Widok z punktu widokowego (mirador) (E).

*Góry o bardzo stromych zboczach, które są cechą charakterystyczną Viñales miejscowi nazywają mogotes.

Mogotes w Viñales

Mogotes w Viñales (E).

Spotkaliśmy po drodze parę bardzo sympatycznych Niemców. Zwiedzali Viñales i okolice na rowerach. Chcieli wrócić spod murala inną drogą i wpakowali się w straszne błoto. Próbowali opłukać się w jeziorku, które widać wyżej na zdjęciu. 
Mijaliśmy w drodze różnych turystów. Jedni byli przyjaźni, inni mrukliwi, a jeszcze inni wręcz niesympatyczni- narodowość nie miała znaczenia, chociaż najmniej mile wspominam chyba Francuzów (wszędzie, nie tylko w Viñales). Za to większość Kubańczyków była na prawdę radosna i przyjazna, a także pomocna (pomijam naciągaczy).

Finca Agroecologica Rivera

Wracając do Viñales wstąpiliśmy po drodze na farmę „pokazową”- Finca Agroecologica Rivera, gdzie widzieliśmy drzewka papai różnej wielkości.

Papaje Viñales

Uprawa papai (fruta bomba)- na zdjęciu małe drzewka- przewodnik nazwał je „baby (bejbi) papaja” (E).

Ponadto były tam bananowce, kawa, a przede wszystkim uprawa tytoniu i szopa, w której jest on suszony. Niestety nie mieli kawy, a miałam nadzieję na zakup.

Zbiór tytoniu Viñales

Zbiór tytoniu (E).

Suszenie tytoniu Viñales

Suszenie tytoniu (E).

Właściciel farmy zaprowadził Bolka na wielką górę (ja się wymigałam dzięki kolanu). Mężusiowi aż spodenki pękły od wspinania 😉 Dobrze, że mi się chłop nie zatchnął podczas wspinaczki po wypaleniu cygara, które skręcił dla niego właściciel „przewodnik”.

IMG_0946

Małpolud Bolek (E).

IMG_0951

Wyjście na górę (E).

Ta farma, to właśnie było to miejsce, gdzie widzieliśmy cygaro skręcane „chałupniczo” (a o którym wspomniałam w zakładce „Stara Hawana„). Poniżej filmik i zdjęcie. Jeśli liczycie na widok tytoniu zwijanego na udzie pięknej, młodej Kubanki, to zapomnijcie- takich cygar nie ma. Takich zwijanych na udach starych, grubych Kubanek też nie- zwyczajnie używa się do tego deseczek.

cygaro Viñales

Chałupnicze skręcanie cygara (E).

Po drodze z Murala do farmy mijała nas ciężarówka wioząca tytoń. Tak właśnie jest on transportowany między innymi do fabryk.

Ciężarówka przewożąca tytoń w Viñales

Ciężarówka przewożąca tytoń w Viñales (E).

To w sumie było wszystko, co widzieliśmy w Viñales. Farma fajna, ogród fajny, widoki piękne, mural paciapy.
Czy wyjazd do
Viñales wart był swojej ceny? Nie żałuję. W sumie nawet tego, że zaszaleliśmy zamawiając drogie posiłki i drinki w casie. Dzięki temu mieliśmy porównanie i mogę stwierdzić, że nie traciliśmy wiele, jedząc (głównie) w barach dla Kubańczyków. Na obiad w drugim dniu zjedliśmy gorące kubki, przywiezione z Polski i krakersy kupione w Hawanie (15 CUP opakowanie). Jeden obiad i dwa śniadania i tak kosztowały już stanowczo za dużo. Nie trafiliśmy do budki z jedzeniem dla Kubańczyków, chociaż na pewno była jedna przy wyjeździe z miasteczka.

 W 7 dniu pobytu na Kubie rano wyruszyliśmy do Trinidadu.

Postanowiliśmy wyjechać z Viñales tak, jak przyjechaliśmy- za pomocą taxi collectivo. Było droższe o 3 CUC niż Viazul, ale zostaliśmy odebrani spod domu i zawiezieni pod wskazany adres w Trinidadzie (który zarezerwowali nam właściciele casy z Viñales). Niestety trasy 500 km nie pokonalibyśmy w 1 dzień za pomocą głagły, a szkoda nam było tracić czas.

Porównując do cen lokalnego transportu- bardzo drogo. Porównując do cen w Polsce- trudno powiedzieć- zależy od środka transportu.  Dla informacji:
-cena taxi collectivo Viñales –> Trynidad = 40 CUC/osobę (autobus dla turystów 37 CUC)- ok 160 zł;
-cena transportu lokalnego na tej samej trasie, to w przybliżeniu 5 CUC/osobę (20 CUP/100 km)- około 20 zł.

Sami musicie zdecydować, czy opłaca się pchać się do Viñales. To była najdroższa część naszej wyprawy. Sam pobyt dużo nas kosztował, a cena późniejszej podróży do tej pory przyprawia mnie o zawrót głowy. Aczkolwiek jak już wspomniałam- zaszaleliśmy.

Tym razem jechaliśmy z samymi turystami, jedynym Kubańczykiem był kierowca.

Taxi collectivo z Viñales do Trinidadu

Taxi collectivo z Viñales do Trinidadu- tym razem jechaliśmy z samymi turystami (E).

Nasi współtowarzysze powiedzieli, że nie widzieli murala i chcieliby do niego jechać przed wyjazdem. Nasza wczorajsza wycieczka okazała się w sumie niepotrzebna, ale kto mógł to wiedzieć? Mogliśmy się udać tylko na samą farmę. Oglądanie paciapów dwa razy nie jest specjalnie ciekawe.

IMG_0995

Taxi collectivo z Viñales do Trinidadu. Mural po raz drugi (E).

 

Anegdota 1

Jak już wspomniałam w zakładce „Przydatne informacje na miejscu”, kiedy znajdziecie pierwszy nocleg- dalej będzie łatwiej. Właścicielka casy, w której mieszkaliśmy zarezerwowała nam nocleg u znajomej w Viñales, gdzie się udawaliśmy. Odbierając karteczkę z adresem, zapytaliśmy też o „lokalny transport” w tamtym kierunku. Powiedziała nam, że guagua (łała) w naszym przypadku nie będzie dobrym pomysłem, bo trudno dotrzeć do wylotówki (z tą wylotówką, to akurat wiedziałam wcześniej). Dodała, żebyśmy poszli pod terminal omnibusa- obok znajduje się postój taxi collectivo.

Powiedziała nam, że cena za przejazd do Pinar del Río (leżącego niecałe 30 km od Viñales) powinna wynosić 5 CUC od osoby i że jeśli będą nas chcieli wieźć drożej, to mamy się upierać, że wiemy ile kosztuje trasa i nie będziemy płacić więcej (łatwo jej powiedzieć).
Doszłam jednak do wniosku, że jak mam płacić za taksówkę do wylotówki, do której jest ponad 20 km, a potem jeszcze za guagłę, którą będę się tłukła przynajmniej pół dnia, to taxi collectiwo może nie być najgorszym rozwiązaniem, pod warunkiem, że nie zażądają nie wiadomo ile pieniędzy za przejazd.

Dla zainteresowanych załączam poniżej mapkę Google z zaznaczonym na zielono miejscem, skąd odjeżdża guagua z Hawany do Viñales (zjazd na Autopista Este-Oeste- A4).

Hawana – Mapy Google1

Mieszkaliśmy w okolicy Neptuno (prawy górny róg przy oceanie). Wylotówka- zielone kółko lewy dolny róg- odległość około 20 km

Hawana – Mapy Google-wylotowka-guagua-przyciete

Wylotówka z Hawany- skąd odjeżdża guagua (zielona strzałka po lewej).

Natomiast taxi collectivo odjeżdża spod terminalu omnibusów- Terminal de Ómnibus Nacionales– calle 19 de Mayo.

Anegdota 2- rozmowy z taksówkarzami i transport publiczny

Trasa z Hawany do Pinar del Río.

Na postoju taksówek pod terminalem Omnibusów w Hawanie rzuciłam nazwę Viñales i cinco (5) CUC. Spowodowało to atak niekontrolowanej wesołości u kierowców. Bolek twierdzi, że to dlatego, że byli to kierowcy zwykłych taksówek, a nie collectivo. Nie wiem, czy tak, ale powiedzieli mi, że mogą nas zabrać za 20 CUC od osoby. Tym razem to ja uśmiechnęłam się ironicznie, obróciłam się na pięcie i przeszliśmy kawałek dalej.

IMG_0762

Terminal Omnibusów w Hawanie od tyłu (E).

Dalej sytuacja się powtórzyła- nikt nie chciał nas zabrać za 5 CUC, wszyscy zgodnie twierdzili, że to cena dla Kubańczyków- turyści płacą więcej. Bolek (który po hiszpańsku gadał słabiej niż ja) udawał złego policjanta, którego oferty taksówkarzy ciężko obrażają i siedział obok z plecakami. Ja próbowałam negocjować. Zeszli do 15 CUC za osobę. Wciąż upierałam się, że to za dużo, mogę zapłacić maksymalnie 2x tyle co Kubańczycy i ani centavosa więcej. Jeden z kierowców powiedział, że cena do Viñales to 15, a za 10 CUC może nas zawieźć do Pinar del Río. Po naradach zgodziliśmy się.

~Postój taksówek pod terminalem Omnibusów w Hawanie- moje negocjacje (B)

Postój taksówek pod terminalem Omnibusów w Hawanie- moje negocjacje (B).

Na miejscu wyciągnęliśmy równowartość 20 CUC w CUP (=500). Kierowca był w szoku, że turyści mają tyle pieniędzy w peso kubańskim.

Wyjeżdżając z Hawany nie wiedzieliśmy jeszcze jak wyglądają rzeczywiste ceny taxi collectivo dla turystów. Dopiero jadąc do Trynidadu, w siedzibie Viazula dowiedzieliśmy się, że są wyższe o ok. 3 CUC niż autobus turystyczny. Trasa Hawana-Viñales kosztuje w Viazulu 12 CUC (od osoby), czyli w sumie nie stargowaliśmy się nic. Łączna podróż wyszła nas jednak taniej, bo w Pinar del Rio skorzystaliśmy z transportu publicznego.

Trasa z Viñales do Pinar del Río.

Chociaż Pinar del Río jest stolicą prowincji, w stosunku do Hawany jest dużo, dużo mniejsze (ma około 10x mniej mieszkańców). W związku z tym łatwiej trafić do wylotówki. Taksówkarze chcieli nas wieźć z Pinar del Río do Viñales za 15 CUC. W myślach pokazałam im gest Kozakiewicza. Właściciel starej łady, wożący tubylców, zaoferował się, że za 2 CUC/osobę zawiezie nas do miejsca, skąd odchodzi transport zbiorowy w interesującym nas kierunku. Udając głupią, że nie wiem, o co mu chodzi, wyciągnęłam mapę z pytaniem, gdzie też to chce nas wieźć? Pokazał mi, dzięki czemu stracił klientów (trochę było mi go żal). Pozbieraliśmy bety (biedny Bolek ze względu na moje kolano niósł 2 plecaki) i ruszyliśmy w kierunku tego miejsca (czyli Hospital Provincial Docente Clínico Quirúrgico), na nogach.

Local transport

Po drodze Bolek zapytał parę nastolatków na ulicy, czy idziemy w dobrą stronę. Przekonaliśmy się, że na Kubie są nie tylko naciągacze, ale również zwykli, życzliwi ludzie. Dzieciaki próbowały nam wytłumaczyć, że tam jest ze 2 km i powinniśmy podjechać autobusem. Tyle zrozumieliśmy. Niestety skąd ów autobus ma jechać już nie. W związku z tym wzięli nas za ręce i poprowadzili dwie ulice dalej. Na miejscu pogadali z jakimś starszym panem, żeby wskazał nam autobus, w który mamy wsiąść i pożegnali się z nami (nic w zamian nie chcąc). Wepchaliśmy się do mocno zatłoczonego „busika”, prosząc współpasażerów o wskazanie przystanku, na którym mamy wysiąść. Zapłaciliśmy łącznie 2 CUP. 

Pod szpitalem pani zapytana o autobus do Viñales, pokazała nam, że mamy skręcić za róg. Zobaczyliśmy przystanek pełen ludzi i już wiedzieliśmy, że jesteśmy w dobrym miejscu.
Znowu wskazano nam odpowiedni autobus, za który zapłaciliśmy po 1 CUP/osobę, chociaż jechaliśmy prawie 30 km. W autobusie miła Kubanka wzięła moją torebkę i przewodniki, które trzymałam w rękach do siebie na kolana, żeby mi było wygodniej stać. Polecam lokalny transport zarówno ze względu na cenę, jak i na sympatyczną atmosferę. Chociaż bywa mocno przeładowany- aczkolwiek nie bardziej niż polskie busy.

przystanek do Viñales

Przystanek do Viñales (B).

IMG_0789

Busikowe sardynki w puszce 😉 (E).


Anegdota 3- przewodnik

Po przyjeździe rzuciliśmy jedynie okiem na główny deptak, bo obydwoje byliśmy zmęczeni, a ponadto zaczął się robić wieczór. Córki właścicielki casy (które po angielsku mówiły lepiej niż my razem wzięci) zapytały nas przy obiadokolacji, co chcemy robić dnia następnego, a następnie zaproponowały przewodnika, który pokaże nam park, zaprowadzi do wodospadu i jeziorka, w którym można się wykąpać. Ponadto zabierze nas do „murala” i na farmę tytoniu. W pierwszej chwili zgodziliśmy się. Bolek pamiętał rozmowę z Polakami spotkanymi w Hawanie, którzy mówili, że chodzili z takim przewodnikiem 5 godzin.

Gdzieś w mojej głowie odezwał się dzwonek- ile to będzie kosztowało? Dokonałam szybkich obliczeń w głowie i wyszła mi niebotyczna kwota równa dwóm noclegom. Przewodnik kosztuje 5 CUC za godzinę od osoby. 5-godzinna przebieżka x 2 osoby x 5 CUC= 50 CUC. Powiedziałam Bolkowi, że mam gdzieś jeziorko, widoki są ładne w całym Viñales, na farmę i do murala na pewno trafimy sami, a jeśli nie, to mała strata, bo wg mnie straszne paciapy* Trochę kręcił nosem, ale ja już zdecydowałam- poszłam odwołać przewodnika. Następnego dnia mężuś mi za to podziękował. Tak jak on mnie wyciągną z podejrzanej kamienicy bez znaczka w Hawanie, gdzie chciałam się pchać na 4 piętro za noclegiem, tak teraz ja uratowałam nas od wyrzucenia 200 zł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *