Pożegnanie z Kubą – Varadero

Jeśli ktoś przyleciał na Kubę i cały swój pobyt spędził w Varadero, to nie może tak na prawdę powiedzieć, że był na Kubie.
O ile Viñales można porównać do Zakopanego, tak Varadero nazwijmy kubańskim Helem. Obydwie miejscowości są typowo turystyczne i nie mają za wiele wspólnego z resztą wyspy.

Varadero PlazeHotele_Bolek

Varadero – miejscowość hoteli i plaż (E).

Varadero

I jeszcze więcej hoteli i plaż (B).

Podróż koleją

Zanim jednak zacznę opisywać samo Varadero, przekażę Wam obraz podróży koleją po Kubie. Najgorszy środek transportu, przynajmniej z punktu widzenia turysty. Kubańczykom opłaca się jeździć pociągami, ale turyści niestety płacą 24x więcej (Kubańczyk 10 CUP, a turysta 10 CUC).

Trasa pociągiem z Santa Clary do Matanzas kosztuje 7 CUC (następnie trasę Matanzas-Varadero trzeba pokonać na własną rękę). Cena za Viazula, na trasie Santa Clara- Varadero to 11 CUC, a przynajmniej autobus dowozi na samo miejsce i w miarę punktualnie. Pociąg był spóźniony o 3,5 godziny i trasę ok. 200 km jechał kolejne 3,5 godziny. Zakup biletów najcierpliwszego człowieka mógłby przyprawić o załamanie nerwowe. A fakt, że pan w „informacji” słowa po angielsku nie znał mówi sam za siebie. Mniej więcej, jak PKP 20 lat temu. I pociągi też mniej więcej tej jakości.

Więcej „ciekawostek” o podróży koleją w Anegdocie 1.
Więcej o kubańskich środkach transportu w zakładce: Podróżowanie po Kubie- środki transportu.

Podroz pociagiem do Varadero

Widok z okna pociągu na stację (E).

Dojechaliśmy do Matanzas. Teraz, jak patrzę na mapę, widzę, że dworzec wcale nie był tak daleko od centrum, ale wtedy mieliśmy wrażenie, że znajdujemy się w polach na obrzeżach stolicy prowincji.
Nie wiedzieliśmy kompletnie gdzie jesteśmy (nie mieliśmy dokładnej mapy miasta). Nie wiedzieliśmy jak dostać się stamtąd na wylotówkę w kierunku Varadero.

Podróż do Varadero

Dworzec kolejowy na obrzeżach Matanzas- pociąg, którym przyjechaliśmy z Santa Clary (B).

„Fasiąg”

Jednak jakimś cudem przy nieznajomości hiszpańskiego udało nam się dogadać z właścicielem „fasiąga” i współtowarzyszami podróży i dojechaliśmy do stacji omnibusów (20 CUP za osobę ≈ 4 zł).

Podroz do Varadero fasiag

Fasiąg – wóz z koniem – wiozący nas na wylotówkę Matanzas w kierunku Varadero.

Taxi collectivo do Varadero.

Stamtąd dojechaliśmy do Varadero za pomocą taxi collectivo w cenie dla Kubańczyków 3 CUC od osoby (część druga Anegdoty 1). Normalnie taksówkarze życzą sobie od turystów 15 CUC od osoby. Łączny koszt podróży z Santa Clary do Varadero dokładnie taki, jak w Viazulu (11 CUC od osoby- jakieś 44 zł) ale przeżycia bezcenne 😀


Varadero

W końcu jednak dotarliśmy do Varadero.
Jest to coś na kształt półwyspu otoczonego z obydwu stron oceanem. Z jednej strony ciągnie się dwupasmówka, z drugiej plaża.

Varadero wita

Varadero wita (B).

Dlaczego w ogóle przyjechaliśmy w to miejsce, zamiast zwiedzać mniej turystyczne punkty na Kubie? Bo to był urlop i chcieliśmy też trochę odpocząć niedaleko miejsca, skąd mieliśmy powrotny lot do Polski. Dotychczasowa część wycieczki była niezmiernie interesująca i obfitująca w doświadczenia, ale też mocno męcząca. Ostatnie dwa dni przed wylotem chcieliśmy się trochę „pobyczyć”, poleżeć na plaży i pomoczyć tyłki w ciepłym oceanie zanim wrócimy do szarej rzeczywistości. Z tym byczeniem się wyszło nam średnio, ale o tym zaraz.

Plaza w Varadero

Na plaży fajnie jest… (B).

Noclegi

Koszt noclegu wyższy niż w innych miejscach (35 CUC za pokój), ale ponieważ był to nocleg z trudem zdobyty, to nie marudziliśmy zwłaszcza, że standard też niezły, o czym może świadczyć fakt kibelka z deską 😉 (Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, to polecam Ciekawostki, gdzie dokładniej opisałam Kubańskie kibelki). W pokoju mieliśmy lodówkę i telewizor. Muszę przyznać, że telewizję mają „zabawną”. Takiej propagandy nie ma chyba nawet w Rosji. Wszystkie programy nadające wiadomości z Kuby pokazują ludzi uśmiechniętych i zadowolonych oraz dobrodziejstwa, które spotykają ich ze strony rządzących. Pozostałe programy- informacyjne ze świata- pokazują same katastrofy: w Niemczech demonstracje z powodu imigrantów, w Urugwaju zamieszki, w Nigerii powodzie i lawiny błotne.

Jedzenie

Na szczęście, chociaż nocleg droższy, to jedzenie można było kupić w porównywalnej cenie do reszty wyspy. Nie takie Vadero drogie…
Budkę z jedzeniem dla Kubańczyków mieliśmy jakieś 20 m od naszej casy. Bułka z szynką (mielonką) kosztowała standardowo 6 CUP.

Ponieważ zapas pieczywa przywiezionego z Santa Clary skończył się dość szybko, w trakcie spaceru po wiosce w pierwszym dniu zapytaliśmy o „panaderię” (piekarnię). Mieliśmy szczęście, bo znajdowała się na następnej przecznicy od miejsca, w którym akurat byliśmy. Kupiliśmy 5 bagietek za 4 CUP każda. Warzyw mieliśmy taki zapas, że starczył nam do wieczora w przeddzień wyjazdu. Skończyła się nam za to sól. Weszliśmy do sklepu dla Kubańczyków. Kręcili głowami i pokazywali, że trzeba mieć kartki, ale jak zobaczyli 0,35 CUC zamiast 0,35 CUP za miarkę soli, to okazało się nagle, że wystarczy mieć tylko woreczek, do którego będą mogli ją nasypać.

DSC_1680

Piekarnia w Varadero – panaderia (B).

Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że jestem niezwykle uparta. A uparłam się kupić kawę w sklepie dla Kubańczyków w peso kubańskim. Tam, gdzie kupowaliśmy sól, kawy nie mieli. W następnym sklepie bez kartek ani rusz. Ale w trzecim z rzędu udało się. Dostałam paczkę kawy 100 g za 4 CUP (niecałą złotówkę), chociaż sprzedawczyni bardzo niechętnie wydawała mi resztę z banknotu 20 CUP. Dla porównania dodam, że ta sama kawa w sklepie dla turystów kosztowała 1,5 CUC.

Sklep na kartki w Varadero

Sklep na kartki w Varadero (B).

Obiady

Niedaleko miejsca, gdzie nocowaliśmy, znajdowała się elegancka restauracja Esquina Cuba Restaurante, która wychodziła na główną drogę w Varadero. Wystarczyło nam jednak rzucić okiem na cennik i już wiedzieliśmy, że to nie jest miejsce dla nas. Obok jednak w głębi bocznej uliczki stał mały bar o tej samej nazwie, w którym jedli Kubańczycy. Nie było tu muzyki granej na żywo, ale na stołach leżały obrusy i nawet kwiaty były w wazonikach. Mam tylko nadzieję, że obsługa nie napluła nam do jedzenia, że siedzimy w części dla lokalsów i płacimy jakieś 3 CUC za ropę vieje, zamiast 7 CUC w części turystycznej.

Varadero Esquina

Czekamy na nasz posiłek w barze Esquina. Bolek zamówił sobie zimne piwko (B).

Obiad w Varadero

Nasz posiłek – ropa vieja, czyli duszona, rozdrobniona wołowina, podawana z ryżem, który właśnie polewam dołączonym sosem z ciemną fasolą (B).


Co można zobaczyć w Varadero?
Choć raz nie będę Was zanudzać zabytkami.

Jedyne, co było niezmienne z resztą wyspy, to oczywiście pomniki 😉 Aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że tu było ich mniej niż w innych miejscach na Kubie. Poniżej po lewej „pomnik rewolucji”, a po prawej J. Marti (E).

Varadero -PomnikRewolucji   Varadero-pomnik-J.Marti


Plaże i drogie hotele

Główną atrakcją Varadero są plaże i drogie hotele usytuowane w pobliżu.
Żeby uściślić- pisząc, że to taki nasz Hel, miałam na myśli cały Półwysep Helski. Początek „mierzei” na Kubie stanowi wioska. W połowie zaczyna się część czysto-turystyczna. Nie oznacza to bynajmniej, że wioska nie jest „turystyczna”. Mam na myśli raczej to, że w pewnym momencie urywają się zwykłe ulice i domy, a zaczyna ciąg drogich hoteli.

Varadero Hotel rozpoczynający część turystyczną

Hotel rozpoczynający część turystyczną (E)

W części „wioskowej” przy plaży też znajdują się hotele, ale mniejsze i tańsze.

Co było dla nas zdumiewające, to ilość ludzi na plażach. Nad Bałtykiem w lecie trzeba wcześnie zjeść śniadanie i lecieć zajmować miejsce, bo w południe nie będzie kawałka wolnego piasku. Ilu ludzi było w środku sezonu na plaży w Varadero (niezależnie od pory dnia) możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Większość ludzi, jak sądzę, siedzi nad hotelowymi basenami i sączy drinki.

Varadero - MiejscowoscHoteliPlaz

Typowy kawałek plaży w Varadero (E).

Wystawa o obozie w Auschwitz

W pierwszym dniu, szukając punktu infotouru trafiliśmy na wystawę o obozie w Auschwitz (dla poprawności politycznej- niemieckim obozie koncentracyjnym w Polsce z czasów II wojny światowej). Zgodnie z opisem miała być otwarta i za free. Kiedy chcieliśmy jednak wejść, drzwi okazały się zamknięte i mogliśmy pooglądać ją jedynie przez okno- prezentowane były plakaty ze zdjęciami więźniów. Nie wiem, czy mieliśmy wyjątkowego pecha, czy tak jest na Kubie- do sporej części miejsc, gdzie wstęp był darmowy lub tani, nie udało nam się wejść.

Varadero-WystawaAuschwitz

Wystawa o obozie w Auschwitz (E).

Wystawa o obozie w Auschwitz w Varadero

Wystawa o obozie w Auschwitz – co udało nam się zobaczyć przez okno (B).

W punkcie informacyjnym dostaliśmy mapę i uzbrojeni w nią ruszyliśmy na podbój Varadero.

Casa de Al.

Pierwszym punktem miał być były dom (willa) Ala Capone- Casa de Al.
Pijąc drinka na tarasie (jak szaleć, to szaleć) spotkaliśmy parę (małżeństwo), które razem z nami leciało samolotem. Różnica między nimi, a nami była taka, że oni pojechali na objazdówkę z wypoczynkiem z biura podróży za 12000 zł za osobę, a my za ok. 1/4 tej ceny zorganizowaliśmy sobie sami wycieczkę i „wypoczynek”. Co kto woli- oni byli zadowoleni i my byliśmy zadowoleni 🙂

Varadero - Casa de Al

Varadero – Casa de Al (E).

Varadero - CasaDeAl

Casa de Al – przed wejściem (E).

Mogliśmy tam posłuchać muzyki granej na żywo. Oczywiście po odegraniu jednego kawałka przy każdym ze stolików, członek zespołu chodził i zbierał kasę. Nie liczcie na darmową przyjemność na Kubie.

Varadero - CasaDeAl-zespol

Casa de Al – zespół muzyczny (E).

Pelikany na tarasie.

Na tarasie znajdowało się mnóstwo pelikanów, które mogliśmy mieć wątpliwą przyjemność karmić. Dlaczego wątpliwą? Zaraz napiszę.

Zarówno w Trinidadzie, jak i w Varadero na plaży, widziałam mężczyzn łowiących ryby. Kiedy zajrzałam do wiaderka z wodą, stojącego niedaleko wody, ujrzałam makabryczny widok- żywą rybę z odciętym ogonem. Nie rozumiałam po co te ryby (za małe do jedzenia) i czemu są traktowane w tak okrutny sposób. Dopiero na tarasie Casa de Al zrozumiałam.

Gość z wiaderkiem dosłownie wepchnął Bolkowi na rękę grubą gumową rękawicę, wręczył mu taką rybę i pokazał, żeby karmił pelikany. Miała to być super atrakcja, za którą Kubańczyk oczywiście oczekiwał sowitej nagrody. Sama kategorycznie odmówiłam tej przyjemności. Dałam mu jakieś drobne, z których był bardzo niezadowolony.

Varadero - karmienie pelikanów IMG_0100

Mój dziadek był wędkarzem przez większość swojego życia, aczkolwiek łowił ryby po to, żeby je jeść i nie sprawiał im większego bólu niż to było konieczne. Już sam haczyk powoduje rany, ale co to musi być za cierpienie dla biednego stworzenia, kiedy odcina się mu ogon na żywca, żeby nie wyskoczyło z wiadra, ale pozostawia żywe, żeby były „świeżutkie” dla pelikanów.

Zachody słońca na Kubie

Większość drogi w pierwszym dniu pokonaliśmy plażą. Na plaży też spędziliśmy wieczór, oglądając zachód słońca. Polskie zachody i wschody słońca są jednak bardziej kolorowe i zjawiskowe, co jak przypuszczam ma związek z położeniem geograficznym.

Varadero - zachod slonca Bolek Varadero zachod slonca

Dom Du Ponta- Mansión Xanadú

W drugim dniu poszliśmy w przeciwną stronę- w kierunku końca półwyspu, tego z drogimi hotelami. Dlaczego? Ano dlatego, że Bolek chciał zobaczyć dom Du Ponta- Mansión Xanadú. Ubzdurało mu się, że pan Makłowicz gotował coś przed tą willą. Jak się potem okazało do willi Xanadú wpadł tylko na drinka. Budynek, który zwrócił uwagę mojego męża to- Casa de Los Cosmonautas. Tam pan Makłowicz jadł kolację. Gotował natomiast w całkiem innym miejscu.

Varadero Mansión Xanadú Willa Du Ponta (E)

Mansión Xanadú – Willa Du Ponta (E)

Po drodze do Willi Du Ponta wstąpiliśmy do parku. Pierwszego na Kubie, który na prawdę zasługiwał na to miano- Parque Josone. Na całkiem sporej powierzchni znajduje się dużo zielonego, woda, alejki spacerowe- po prostu park. Chociaż w sumie Park Braterstwa (Parque de Fraternidad) w Hawanie też może zasługiwać na to miano.

Varadero - Parque Josone

Varadero – Parque Josone (E)

Varadero Parque Josone

Parque Josone – kładka nad wodą (E).

Idąc dalej minęliśmy knajpę (Mesón del Quijote), przy której Don Kichote na swym wiernym wierzchowcu walczy z wiatrakami. Knajpa znajdowała się niedaleko pierwszego hotelu rozpoczynającego „dzielnicę turystyczną”.

Don Kichote w Varadero

Don Kichote w Varadero (E).

Tu muszę wspomnieć, że odległości, które pokonaliśmy, nie były malutkie. Wydaje się, że Varadero nie jest duże, ale tak na prawdę półwysep ciągnie się na przestrzeni jakichś 20 km. Żeby się dostać do Varahicacos Ecological Reserve, które Bolek znalazł w przewodniku zostaliśmy zmuszeni do zakupu biletów na Tour Busa, co jak się okazało- nie było takie złe. W Anegdocie 2 możecie przeczytać, jak „skąpy dwa razy traci”.

Rezerwat – Varahicacos Ecological Reserve

Jest to rezerwat, mający pokazywać pierwotne środowisko tamtejszej przyrody- jak dla nas brzmiało interesująco. Z wykształcenia jestem biologiem, obydwoje lubimy przyrodę. Ponadto natura nie zważa na uwarunkowania polityczne, czy religijne, więc liczyliśmy, że faktycznie poznamy pierwotne środowisko Kuby.

Nie przewidzieliśmy tylko faktu, że w czasie naszego pobytu była pora sucha, a to znacznie ograniczało przyrodniczą ekspozycję. To coś, jak chodzenie w Polsce późną jesienią po lesie liściastym, kiedy spadną liście z drzew, a śnieg jeszcze nie sypnie.

Przed wejściem (po uiszczeniu opłaty 5 CUC od osoby- szaleństwo) dostaliśmy mapkę z zaznaczonymi punktami na trasie. Mapka była po angielsku, ale opisy, jak dla nas średnio zrozumiałe.

Niedaleko znajdowała się jaskinia, ale z jakiegoś powodu zamknięta. Nie byliśmy jedynymi rozczarowanymi z tego powodu, ponieważ oprócz nas chciało ją zwiedzić jeszcze kilkoro turystów, którzy przyjechali tam właśnie po to (nie mieli w planach rezerwatu, tylko samą jaskinię).

Poniżej kilka „eksponatów”.

Bolek z początku myślał, że przedstawiony na zdjęciu pień, to wyjątkowo suche drzewo, na którym pasożytuje górą kaktus, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się roślinie, pokazałam mu, że całość to zdrewniały kaktus wielkości drzewa.

Varadero - rezerwat - kaktus

Zdrewniały kaktus wielkości drzewa (E).

Kilka rodzimych roślinek (a i c) i kopce termitów (2b).
a- Maguey – używana dawniej do sporządzania słabego napoju alkoholowego.
c- Zamia- rośliny te pojawiły się na świecie po paprociach.

Varadero rezerwat termity

Kopiec termitów (E).

Varadero rezerwat Maguey Varadero rezrwat Zamia

Varadero rezerwat endemiczny kaktus

Endemiczny karaibski kaktus (E).

Wszędzie po drodze znajdowało się dużo małych grot.

Varadero rezerwat mała grota

Mała grota (B).

Najciekawsza jednak była taka, w której znaleziono w 1985 roku szkielet mający jakieś 2000 lat.

Varadero - rezerwat - szkielet

Szkielet sprzed 2000 lat (E).

Ale najzabawniejszy był eksponat pierwszy. Do tej pory nie wiemy, co miał przedstawiać. Przytoczę opis z mapki, którą dostaliśmy przed wejściem.

„On rock of sand and salts, very young soil and shortage of water, animals and plants that play the history of the place next to the man leve here”.

A przy tabliczce leżało coś, co wyglądało, jak kupa (mam nadzieję, że chociaż kubańska, a nie zrobiona przez jakiegoś turystę). Nie wiem, czy napis: Sendero Musulmanes” ma coś wspólnego z wędrówkami Muzłumanów, czy chodzi o XIX-wiecznych kubańskich przemytników, zwanych „Muslims”, którzy ukrywali się i towar w tych rejonach (co ułatwiały im małe groty).

Varadero rezerwat eksponat 1

Eksponat pierwszy w rezerwacie Varahicacos w Varadero (E).

Teoretycznie oprócz roślin, powinniśmy móc zobaczyć kilka rodzajów lokalnej fauny- np. 6 gatunków ptaków, ale najwidoczniej ze względu na porę suchą, pochowały się lub wyemigrowały gdzieś, bo nie widzieliśmy żadnego.

Varadero rezerwat ptaki

Gatunki ptaków, które teoretycznie można podziwiać w rezerwacie w Varadero.

Museo Municipial de Varadero

Wracając Tour Busem, wysiedliśmy jeszcze niedaleko Calle 57, gdzie znajduje się Museo Municipial de Varadero. Tu również prezentują okazy lokalnej flory i fauny, tylko ususzonej i wypchanej. Wstęp płatny. Nie wiem ile, bo wpuścili nas za dramo. Nie, nie myślcie sobie- nie mieliśmy takiego szczęścia, żeby obejrzeć całą wystawę gratis. Po prostu trafiliśmy na remont i większości eksponatów nie było. Bolek pstryknął mi tylko fotkę na tarasie i poszliśmy.

Taras Museo Municipial de Varadero

Taras Museo Municipial de Varadero (B).

To mniej więcej wszystko, co można zobaczyć w samym Varadero. Oczywiście w okolicach znajduje się więcej ciekawostek, ale to nie na dwu i pół dniowy pobyt, który ma się łączyć z wypoczynkiem.


A teraz trzy ciekawostki…

Zwiedzając Varadero trafiliśmy na miejsce (restaurację), ku pamięci Beatelsów. Wcześniej podobna sytuacja miała miejsce w Trinidadzie, o czym zapomniałam wtedy wspomnieć (na zdjęciu po lewej do zespołu dołączył piąty Beatels 😉 ).

Trinidad Beatelsi Varadero Beatelsi

Ciekawostka druga.
Właściwie nie ciekawostka, ale tak jakoś mam ochotę wspomnieć o „Chińczyku” w Varadero. Mam na myśli chińską restaurację. Bardzo ładną (przynajmniej z zewnątrz, bo nie po to jechaliśmy na Kubę, żeby jeść chińskie żarcie, więc nie wstąpiliśmy do środka 😉 ).

Chińska restauracja w Varadero

Chińska restauracja w Varadero (E)

Ciekawostka trzecia.
W Varadero ma siedzibę kubańskie Ministerstwo Turystyki (Ministerio de Turismo República de Cuba). Varadero znajduje się w Prowincji Matanzas (stąd Matanzas w nazwie).

Varadero Ministerstwo Turystyki

Ministerio de Turismo República de Cuba (E).

Historyjka do śmiechu 🙂 Siku! Na pomoc! Pogotowie! Lekarza!

W pierwszym dniu sporo włóczyliśmy się po plaży. Podczas powrotu do centrum na obiad, Bolkowi zachciało się siusiu. Ale tak bardzo zachciało. Stwierdził, że nie da rady dojść ani do casy, ani do baru, gdzie mieliśmy jeść. Po drodze mijaliśmy szpital. Bolek wparował do środka, licząc, że znajdzie jakąś toaletę.

Varadero szpital

Szpital w Varadero, w którym Bolek zażyczył sobie nie lekarza, a toalety (B).

Oczywiście na wejściu został zapytany o co chodzi przez zatroskaną pielęgniarkę. Zaczął, jąkając się, tłumaczyć czego potrzebuje. Postanowił zabłysnąć i powiedzieć to po hiszpańsku. Kiedyś już sobie sprawdził w słowniku na komórce, jak jest toaleta (bodajże retrete). Jak widać, coś jednak nie poszło mu z wymową (powiedział chyba retoro), bo nie zrozumieli go.

W międzyczasie pojawiły się kolejne dwie osoby, pragnące pomóc biednemu, choremu turyście. Musieli chyba dojść do wniosku, że majaczy w gorączce, bo zaprowadzili mojego mężusia do gabinetu lekarskiego i zaczęli kłaść na leżance. Bolek resztkami sił powstrzymywał pęcherz, kiedy w końcu do gabinetu sprowadzili lekarza, który znał angielski. „Pacjent” ze łzami w oczach wyjąkał toilet, co u lekarza wywołało niekontrolowany atak śmiechu. Rzucił coś do reszty personelu, co oczywiście spowodowało ogólną wesołość, ale w końcu ktoś się ulitował i zaprowadził mojego znękanego mężusia do miejsca, gdzie mógł załatwić swoją potrzebę.

Plaża, odpoczynek i odrobina kasowego szaleństwa w postaci drinków…

Jak już wspomniałam (gdzieś na początku)- do Varadero przyjechaliśmy, żeby odpocząć i zrelaksować się przed powrotem do Polski. Tymczasem z powyższego opisu wygląda to tak, jakbyśmy znowu tylko łazili, zwiedzali i wtykali, gdzie tylko można, swoje wielkie nochale. A wcale tak nie było 🙂 Na plaży też leżeliśmy i trochę pływaliśmy. Aczkolwiek raczej nie za dużo.

IMG_0044-przyciete

Varadero – ocean – Bolek zapałał miłością do pelikanów (E).

Varadero - plaza i ocean

Nie tylko Bolek moczył tyłek w ciepłym oceanie (B).

 

Varadero plaża

Po kąpieli w oceanie czas na wspólne opalanie

Wyrzucaliśmy też kasę na drinki (fajnie było)…

Varadero drink w Casa de Al.

Drinki na tarasie Casa de Al. Moje daiquiri – Bolek wolał mohito (E).

 

No i niestety nadszedł ten dzień – 15 dzień pobytu na Kubie – dzień wylotu.

Żegnało nas piękne słońce, aż żal było wracać do zimnej (i jak się potem okazało deszczowej) Polski. Tęskniliśmy już co prawda za domkiem, własnym łóżeczkiem i łazienką, za językiem polskim na ulicy, a chyba najbardziej za schabowym z kapuchą i ruskimi. A nawet za mentalnością wiecznie narzekających na wszystko Polaków 😉 Ale jak tu nie odczuwać smutku, kiedy przygoda życia (za jaką traktowaliśmy podróż na Kubę) dobiegała końca? Kiedy zostało jeszcze tyle do zobaczenia?

IMG_0328-trasa lot przyciete

Trasa naszego lotu powrotnego. W Dreamlinerze każdy ma swój mały ekranik, na którym może sprawdzić, gdzie aktualnie znajduje się samolot, na jakiej wysokości leci i jaka odległość pozostała do lądowania. Na tym ekraniku można też oglądać filmy.

Podróż na lotnisko taksówką.

Na Aeropuerto de Varadero udaliśmy się taksówką za 10 CUC od osoby. Viazul na tej trasie kosztuje 6 CUC, ale kiedy po przyjeździe do Varadero pytaliśmy o bilety, dowiedzieliśmy się, że już nie ma miejsc. Po wyjściu z Viazula zapytaliśmy taksówkarza, stojącego pod terminalem, za ile by nas zawiózł na lotnisko. Powiedział nam, że za 20 CUC od osoby. Traktował nas, jak świeżaków. Pewno myślał, że przeleżeliśmy tydzień na plaży, a teraz jesteśmy zdesperowani, że nie ma biletów na autobus. Szybko pojął swój błąd, kiedy nie spojrzawszy nawet na chłopa, odwróciliśmy się i odeszliśmy. Wołał za nami, schodził z ceny, chciał się targować, ale my nie chcieliśmy. Byliśmy już zmęczeni takimi rozmowami.

W dniu wylotu, po spakowaniu bagażu, wyszliśmy z casy i zapytaliśmy pierwszego lepszego taksówkarza, parkującego przy ulicy, za ile nas zawiezie. Bez zbędnych ceregieli powiedział, że za 10 CUC od osoby.

Varadero zegna przyciete

W taksówce na lotnisko – Varadero żegna (B).

Jedzenie na lotnisku przed wylotem.

Przed wylotem wszamaliśmy dwa posiłki – jeden w knajpie dla turystów (zdjęcie po lewej) i jeden w małej budce dla Kubańczyków (zdjęcie po prawej). Bolek po przespacerowaniu się po płycie stwierdził, że są same bary dla podróżnych, stąd pierwszy posiłek jedliśmy w takim właśnie miejscu. Doszłam jednak do wniosku, że gdzieś na pewno jest jakaś budka dla obsługi lotniska i miałam rację- po przeciwnej stronie parkingu była mała jadłodajnia dla lokalsów i z niej również skorzystaliśmy. W końcu trzeba się było najeść, bo na pokładzie samolotu nie mieliśmy co liczyć na posiłek, a czekał nas długi lot.

DSC_1948-posilek pierwszy przyciete  DSC_1955-posilek drugi przyciete

Jeśli chodzi o ceny, to muszę oddać sprawiedliwość kubańskiemu lotnisku- posiłek z napojem był tańszy niż sama herbata na lotnisku w Warszawie, która 25 lutego 2016 roku kosztowała tam 16,90 zł.

To by było na tyle, jeśli chodzi o nasze wspomnienia z Kuby. Wspaniała przygoda – polecamy. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was śmiertelnie, moją pisaniną, ale wtedy pewno byście nie czytali 🙂

Jeszcze ostatnie zdjęcie…

Wokół Kuby znajdują się mniejsze wysepki. Do niektórych z nich została specjalnie usypana droga przez ocean. Ponoć niezapomniane przeżycie stać w takim miejscu. My mogliśmy jedynie podziwiać taki widok z okna samolotu.

IMG_0298-przyciete

Wyspy, do których prowadzi specjalnie usypana droga lądowa (E).

 

Anegdota 1

Podróż pociągiem z Santa Clary do Matanzas.

Jak ustaliliśmy w niedzielę w informacji (dzięki moim rozmówkom)- wg rozkładu pociąg odjeżdża z Santa Clary w kierunku Hawany przez Matanzas w poniedziałek o 10:30, a bilety można nabyć godzinę przed odjazdem. No to w poniedziałek o 9:30 wparowaliśmy na dworzec. Teraz, jak wspominam kolejne 4,5 godziny do odjazdu to się śmieję, ale wtedy cisnęło mi się na język tylko jedno słowo i gwarantuję, że niecenzuralne 😉

Zakup biletów, eh…

Oczywiście pierwsze kroki skierowaliśmy do kasy biletowej, która (łał) była otwarta. Żadne z dwójki obsługujących ni w ząb po angielsku nie gadało. Próbowałam z rozmówkami i Bolka słownikiem na komórce, ale szło jak po grudzie. Ja chcę kupić bilet, a oni cały czas coś mi tłumaczą, z czego rozumiem tytko tyle, że tego biletu mi sprzedać nie chcą. W końcu poszliśmy do informacji. Tam siedział inny pan niż poprzednio, ale podobnie jak poprzednik i jak państwo w kasie- niemówiący po angielsku. No to znowu wyciągam rozmówki z miną świadczącą o tym, że zaraz może dojść do rękoczynów i próbuję… No i tu muszę podziękować panu strażnikowi- w końcu ktoś, z kim można się dogadać, kto wytłumaczył nam (we wspaniałym języku angielskim), że pociąg jest spóźniony 3 godziny, a bilety można kupić godzinę przed odjazdem, więc nie o 9:30, tylko ok. 12:30. Hmm…

IMG_0003-edytowane

W przydworcowej poczekalni był nawet telewizor. Po lewej pan strażnik, który nam pomógł i wyjaśnił po angielsku o co chodzi z zakupem biletów (E).

Przerwa na lunch…

Zrezygnowani poszliśmy do baru przydworcowego, który dokładnie opisałam w Anegdocie 4 w zakładce Santa Clara (polecam, bo ciekawe). Bolek w międzyczasie wymienił trochę CUC na CUP, bo wbrew wcześniejszym przewidywaniom spłukaliśmy się całkiem z lokalnej waluty. Zjedliśmy po porcji mięcha z ryżem, fasolą i sałatkami, a Bolek do tego wypił dwie szklanki piwa w super cenie (6 CUP za szklankę= 1 zł). Wciąż jednak zastała nam godzina czasu do momentu, kiedy teoretycznie będziemy mogli kupić bilet.

Kolejna próba zakupu biletów – proście, a będzie wam dane…

Teoretycznie, bo o 12:30 podeszłam do okienka i dalej nic. Znowu nie zrozumiałam, co gość do mnie gada. Z jego wymachiwania rękami wywnioskowałam, że czeka na telefon, ale jaki telefon, to już nie dało się wywnioskować. I znowu przyszedł nam z pomocą strażnik. Wyjaśnił nam, że bilety w kasie będziemy mogli kupić dopiero po telefonie potwierdzającym, że pociąg się zbliża, co nastąpiło jakieś 15-20 min. przed przyjazdem ciuchci, czyli mniej więcej kwadrans po pierwszej.

Co do biletów- turyści płacą 24x więcej, ale mają pierwszeństwo w kasie (osobiście wolałabym odstać swoje w kolejce i zapłacić mniej, ale w sumie w Polsce podróż 200 km kosztuje jednak drożej, więc nie mogę narzekać).

Kolejka do kasy biletowej w Santa Clara

Kolejka do kasy biletowej (B).

Część druga podróży – Matanzas – Varadero

Pod stacją omnibusów w Matanzas stało mnóstwo taxi collectivo. Koszt, o zgrozo, 15 CUC od osoby (60 zł). Pokręciliśmy głowami i poszliśmy na przystanek obok, na którym miły tubylec powiedział nam, że możemy się załapać na busika do Santa Marty (wioski obok Varadero). Na nasze głupie szczęście znalazł się jednak taksówkarz, który jechał z Kubańczykami i chciał dopełnić samochód i zaoferował nam podróż za 3 CUC od osoby (12 zł). Bolek kręcił nosem, tak już był zrażony do taksówkarzy, ale ja nie zastanawiając się długo, dobiłam targu z kierowcą. Usłyszawszy cenę, miły tubylec z przystanku, zaczął biec w naszą stronę krzycząc, że też chce się zabrać, ale nie było już miejsca.

Dlaczego mieliśmy szczęście?  Było już coś około godziny 18. Trudno powiedzieć, o której pojechałby busik i jak długo by jechał, ale prawdopodobnie w Santa Marcie wylądowalibyśmy przed 19. Do zmroku zostałoby nam jakieś pół godziny, a do przejścia (z bagażami) ponad 6 km. Nie mówiąc o tym, że jeszcze musielibyśmy znaleźć nasze miejsce noclegowe (po ciemku). Natomiast taksówkarz dostarczył nas pod terminal Omnibusów w Varadero, który znajdował się przy tej samej ulicy, co nasza casa, jeszcze przed zmrokiem. Dodam, że odjeżdżając spod przystanku w Matanzas widzieliśmy podjeżdżający jakiś busik tak wypełniony pasażerami, że na pewno byśmy się do niego nie wcisnęli.

W ramach ciekawostki dodam, że wjazd do Varadero jest płatny – są bramki jak na naszych autostradach.

Wjazd do Varadero

Kolejka do bramek do wjazdu do Varadero (B).


Anegdota 2 – Chytry/skąpy dwa razy traci

Po Kubie (w większych, turystycznych miastach) jeździły Tour Busy, wożące turystów między miejscami znajdującymi się w przewodnikach. Koszt w Varadero- 5 CUC od osoby. Obydwoje myśleliśmy, że to strasznie dużo. 20 zł za kurs nawet 20 km wzdłuż Varadero to dość wysoka cena. Wszędzie pchaliśmy się na nogach. Moje nadwyrężone kolano wciąż bolało, tylko znieczuliłam je silnym środkiem przeciwbólowym, przywiezionym z Polski (na Kubie nawet aspiryna jest na receptę). Wracając z domu Du Ponta złapaliśmy stopa. Daliśmy chłopu jakieś 20 CUP (około 1 CUC = 4 zł).

Nasz autostop w Varadero

Nasz autostop w Varadero (B).

Chcieliśmy się jednak dostać do rezerwatu przyrody, a był on dalej niż Mansión Xanadú. Stwierdziliśmy, że nie damy rady. Postanowiliśmy jednak odżałować te 5 CUC od osoby i złapaliśmy Tour Busa. Wtedy też dowiedzieliśmy się, że bilet nie jest jedno-przejazdowy, tylko całodzienny (autobus bodajże jeździ do 21). Po tej nowinie przyznam- zrobiło mi się słabo.

W Hawanie też jeździły takie autobusy. Jak później sprawdziłam koszt też 5 CUC, tylko nie wiem, czy na jedną, czy wszystkie trzy trasy, po których jeździ. Ale pal licho- po Starej Hawanie mogłam chodzić, byle dojechać do placu Rewolucji, a nie urządzać sobie spacer 20 km. Można wysiadać po kolei na wszystkich przystankach i wsiadać do kolejnego autobusu na ten sam bilet. 20 zł za zdrowe kolano to nie jest wielka cena. Ponadto moglibyśmy więcej zwiedzić w Hawanie, bo jednak chodzi się dość wolno, a na pewno wolniej niż jeździ. Gdybyśmy skorzystali z autobusu, zapewne zobaczylibyśmy El Morro.

W Varadero mogliśmy nie łapać stopa z Mansión Xanadú, tylko wszystko obejrzeć jeżdżąc Tour Busem. Tak właśnie chytry dwa razy płaci… Mogliśmy najpierw podjechać do Varahicacos Ecological Reserve, wracając wysiąść przy Mansión Xanadú, żeby na koniec udać się na drinka do Casa de Al.

Varadero Tour Bus

Jazda Tour Busem po Varadero- stanowczo przyjemniejsza niż kilkukilometrowy spacer (B).

Varadero - droga do Mansión Xanadú

Varadero – droga do Mansión Xanadú (B).

Varadero - kilka kilometrów spacerkiem...

Varadero – kilka kilometrów spacerkiem… (B).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *