Trinidad

Po ponad 7 godzinach jazdy (z trzema przerwami) i pokonaniu prawie 500 km dotarliśmy na miejsce. Hurra!!! Nasze cztery litery stanowczo odczuły tą podróż. Na widok napisu Trinidad wita, byliśmy „prawie” tak szczęśliwi, jak po opuszczeniu samolotu po 12 godzinach lotu.

Trinidad Wita

Trinidad wita 🙂 (E).

Muszę tu jednak wkleić jeszcze dwa zdjęcia z podróży.

Na pierwszym możecie podziwiać kubańską autostradę- dwa pasy, zero samochodów. Ruch na Kubie jest niewielki (tak, jak u nas dawniej, zanim każdy wszedł w posiadanie samochodu). Jak widzicie, Bolek stoi na środku bez obawy, że coś go przejedzie. Ponadto nikt nie zabraniał przechodzenia przez autostradę w poprzek. Nie mam niestety zdjęcia, ale zdarzało się, że widzieliśmy furmanki ciągnięte przez konia, jadące sobie spokojnie bocznym pasem.

IMG_1005

Kubańska autostrada (E).

Drugie zdjęcie wklejam na cześć kumpla mojego męża, który parę lat temu wyemigrował do Australii. Sorry Franuś, byliśmy tak blisko, ale nie starczyło czasu, żeby do Ciebie wpaść 😉 Tak, jak odwiedziliśmy „Casablankę” koło Hawany, tak po drodze do Trynidadu mijaliśmy „Australię”.

Australia

Pozdrowienia dla Franka w Australii (E).

Trinidad – noclegi

W Trinidadzie kierowca wysadził nas pod wskazanym adresem.

Dom znajdował się w bocznej, spokojnej uliczce, z dala od zgiełku centrum, za to blisko budek z jedzeniem. Dla nas idealnie 🙂 Pierwszy raz nie obudził mnie kogut, za to kot rozpoczął swój koncert o 6 rano.
Niestety było to miejsce, gdzie zatkaliśmy kibelek. O przyczynach (i w ogóle o kubańskich toaletach) możecie poczytać w zakładce „Ciekawostki„- polecam, bo tamtejsza kanalizacja różni się bardzo od naszej.

Trinidad - noclegi

Pokój w casie w Trynidadzie (E).

Na rogu, obok naszej casy znajdowało się miejsce, gdzie można było się napić świeżo-wyciśniętego soku z trzciny cukrowej- Guarapera. Z tyłu na zdjęciu widać fragment maszyny, która prasuje/magluje laski trzciny. Wypiliśmy z Bolkiem jedną szklankę na pół (koszt 1 CUP). W smaku nic ciekawego- słodka woda. Za to akcja o kryptonimie „kibelek” była wywołana właśnie przez ten sok 😉

Trinidad sok z trzciny cukrowej

Guarapera i sok z trzciny cukrowej (E).


Trinidad

Stanowi trzecią najstarszą osadę na Kubie (po Baracoa i Bayamo). Jest to najlepiej zachowane miasto kolonialne na wyspie, z brukowanymi uliczkami i pastelowymi kamienicami.
Jeśli Viñales to takie kubańskie Zakopane, to Trinidad można porównywać z naszymi najbardziej urokliwymi miejscowościami nadmorskimi- za to jest znacznie tańsze.
Polecam bardzo 🙂

Trinidad -starowka

Trinidad o zmroku – starówka – Convento San Francisco (E).

Punkt centralny Starego Miasta stanowi Plaza Mayor (po naszemu można powiedzieć- Rynek Główny). Jest to historyczny rynek, z barokowym kościołem Iglesia Parroquial de la Santísima Trinidad (w prawym rogu).
Starówka w Trinidadzie nie jest duża (zresztą podobnie, jak całe miasteczko).

Trinidad- Plaza Mayor

Trinidad- Plaza Mayor (E)

W pobliżu rynku znajduje się większość muzeów. Oczywiście nie byliśmy w żadnym z nich. Do kościoła też nie udało nam się wejść, a to dlatego, że jest otwarty między 10, a 13, kiedy to albo wędrowaliśmy na plażę, albo na niej byliśmy. Jednakże sama starówka jest swoistym muzeum i nie trzeba niczego więcej.

Sam opis muzeów w przewodniku nie zachęcał szczególnie. Np. w Museo de Arquitectura Trinitaria znajdują się zdjęcia z przykładami architektury na poszczególnych etapach rozwoju miasta. Poza tym trochę mebli, rzeźbione okiennice i żyrandole. Czyż nie lepiej pooglądać architekturę na żywo, a nie na zdjęciach? Jedynym plusem były wyjątkowo niskie (jak na Kubę) ceny za wstęp (1-2 CUC). Nawet chciałam iść do Museo Romántico, ale oczywiście nie zdążyliśmy. Starówkę oglądaliśmy albo rano (przed 9), albo wieczór po 18, kiedy już wróciliśmy z plaży. Czego żałuję, to tego, że nie poszliśmy do Convento San Francisco, w którym znajduje się Museo Nacional de la Lucha Contra Bandidos. Nie ze względu na samo muzeum, ale na wieżę, z której podobno jest piękny widok.

Skoro już wspomniałam o plażach- byliśmy na dwóch.

Playa La Boca znajduje się bliżej Trynidadu (jakieś 4 km). Na plażę poszliśmy na nogach. Z powrotem podrzucił nas gość jadący wozem.
Wszyscy nam ją odradzali, bo jak się okazało usłana była nie gładkim piaskiem, a małymi, ostrymi muszelkami, drobnymi kamyczkami i koralowcami. Do leżenia może odrobinę kiepska, ale na ręczniku dało się wytrzymać.

Trinidad plaza la Boca

La Boca usłana kamyczkami- gładki piasek to to nie był (B)

Dla zachęty napiszę, że udało mi się tam znaleźć najładniejsze muszelki (na żadnej innej plaży takich nie było).
Bolek trzyma wielkiego koralowca, wyrzuconego na brzeg. Częściowo takimi to „kamieniami” były brukowane ulice w Trinidadzie.

DSC_0846 Trinidad-koralowiec

Drugą plażą, na którą się udaliśmy, była Playa Ancón. Znajduje się ona w znacznie większej odległości (około 15 km) od miasta. Jest za to bardziej w stylu  Varadero- gładki piasek.
Jak dotarliśmy na plażę i z powrotem opisałam w Anegdocie 1.

Ogólnie nudzę się na plaży. W Trynidadzie udało mi się wytrzymać wyjątkowo długo, ponieważ na La Boca zajęło mnie szukanie muszelek, a na Ancón krab (spędziłam godzinę czatując nad dziurą w piasku, żeby zrobić zwierzakowi zdjęcie- „Anegdota 2„).
Żeby nie było- pomoczyłam też trochę cztery litery, w wodzie, która miała coś koło 27 stopni Celsjusza 😀
Możecie mnie zwymyślać- nudzić się nad Morzem Karaibskim, to dla takiego zwykłego śmiertelnika jak ja powinno być równoważne z nudą podczas lotu w kosmos.

rozgwiazda

Rozgwiazda (E).

Krab

Krab- wyjątkowo strachliwe stworzenie (E).

Trinidad jest uroczy zarówno w dzień, jak i w nocy, chociaż najbardziej chyba o zmroku.

Po godzinie 18 otwierana jest Casa de la Musica. W dzień wszystkie stoliki świecą pustkami, natomiast wieczorem miejsce to przeżywa istne oblężenie. Ludzie siedzą nawet na schodach, żeby posłuchać granej na żywo muzyki.

Trinidad Casa de la Musica w dzień

Casa de la Musica w dzień (E).

Kiedy Casa de la Musica rozpoczyna swój wieczorny koncert, pozostałe kawiarnie i restauracje wyludniają się.

Trinidad Casa de la Musica nocą

Casa de la Musica nocą (E)

Trinidad Casa de la Musica

Casa de la Musica- schody nocą (E)

La Canchánchara

Skoro jesteśmy już przy słynnych knajpach w Trynidadzie, warto wspomnieć o La Canchánchara.
Canchánchara zamyka listę czterech słynnych koktajli kubańskich – Daiquiri, Mojito i Cuba Libre. Wywodzi się z okresu kolonialnego i walk o niepodległość (okres hiszpański), chociaż nie mówię, że nie pito go wcześniej. Po prostu wtedy stał się bardzo popularny, szczególnie wśród „rebeliantów”. Tradycyjnie składała się z 2 części rumu aguardiente* (wody ognistej) i jednej części soku z limonki. Obecnie sporządzany jest z 1/4 miodu, 1/4 limonki, 1/2 rumu i lodu, a dostać go można głównie w barze o tej samej nazwie- La Canchánchara w Trinidadzie.

*aguardiente to surowy destylat soku z trzciny cukrowej po fermentacji, przed oczyszczeniem i leżakowaniem (ok. 75% alkoholu).
Trynidad LaCanchanchara

Szyld baru La Canchánchara w Trinidadzie (E)

Trinidad – Plac trzech krzyży (Plazuela de las Tres Cruces)

Jako ostatni w Trynidadzie opiszę Plac Trzech Krzyży- Plazuela de las Tres Cruces. Właściwie dużo o nim nie wiem, bo w moim przewodniku nie był wymieniony, a w infoturze mieli jedynie przewodnik po hiszpańsku. Trafiliśmy na ten plac przypadkiem, chodząc po starówce w ostatnim dniu pobytu, zmęczeni po ponad dziesięciokilometrowym spacerze z Ancun. Plac znajduje się przy ulicy Amargura (co bodajże z hiszpańskiego oznacza gorycz). O ile dobrze zrozumiałam, plac sięga 1750 roku. Przez lata odbywały się na nim procesje Wielkanocne i Bożego Ciała i w związku z tym w 1826 roku postawiono na nim 3 drewniane krzyże, mające symbolizować Kalwarię

Niestety mam jedynie dość niewyraźne zdjęcia z Bolka komórki, bo ja swoją zostawiłam przez przypadek w casie, a właśnie w tym momencie karta pamięci w aparacie odmówiłam mi posłuszeństwa. Dobrze, że mężusiowi udało się odzyskać z niej zdjęcia po powrocie, bo chyba bym się załamała, gdyby godzina czatowania na kraba poszła na marne.

Trinidad - Plac Trzech Krzyży

Plac trzech Krzyży w Trinidadzie – Plazuela de las Tres Cruces (B)

*Na zdjęciach z innych blogów (z 2015 roku) widać jeszcze wszystkie trzy krzyże. Natomiast kiedy my byliśmy na tym placu (na początku marca 2016) stały tylko dwa. Na podmurowaniu trzeciego siedziały dzieciaki. I tak się dziwię, że przetrwały rewolucję (tzn krzyże, nie dzieciaki 😉 )…

Podróż z Trynidadu do Santa Clary przez Sancti Spíritus opiszę w kolejnej zakładce (Santa Clara). Tu wspomnę tylko, że pokonaliśmy 200 km lokalnymi środkami transportu- dwoma guaguami i busikiem.

Anegdota 1

Najpierw podjechaliśmy lokalnym autobusem jakieś 2 km do wioski o nazwie Casilda. Potem złapaliśmy stopa. Pięciu mężczyzn jechało malutkim busikiem do pracy. Z tyłu wieźli puszki z farbami, na których siedzieliśmy podczas drogi. Daliśmy im 2×20 CUP. Za stopa to stanowczo dużo na Kubie, ale takim zwykłym Kubańczykom, którzy nie traktowali nas, jak worki złota, zawsze staraliśmy się zostawić więcej niż warta była usługa (chociaż mniej niż zażyczyliby sobie naciągacze).

W drodze powrotnej, dopóki to było możliwe, szliśmy plażą (kilka kilometrów). Widzieliśmy duże skały wystające z wody (zdjęcie).

Trinidad - skała na morzu

Bolek na skale pośród morza (E).

Potem wyszliśmy na drogę, licząc, że znowu złapiemy stopa. Niestety mijali nas tylko tacy, którzy na wejście rzucali 5 CUC, (ewentualnie 3, ale to jak już byliśmy w połowie drogi). Takim uprzejmie dziękowaliśmy standardowym „no gracias”. Jak zwykle przeliczałam na polskie standardy- za równowartość 20 zł u nas w kraju przejechalibyśmy w dwie osoby jakieś 50 km, a nie 10. Z Casildy wróciliśmy autobusem szkolnym (1 CUP od osoby). Autobus ten wiózł tylko 2 uczennice i kierowca zatrzymał się na przystanku zabierając 4 Kubańczyków i naszą dwójkę.

Anegdota 2

Leżąc na piasku w pewnym momencie zobaczyłam kątem oka ruch przy dziurze w ziemi. Ciekawa, co też z tej dziury się wyłania (miałam nadzieję, że nic jadowitego) odwróciłam w tamtym kierunku głowę. Oczywiście, widząc ruch, zwierzę szybko się cofnęło. Z ciekawością, wgapiałam się w dziurę ani drgnąc. Stwór jednak i tak mnie wykiwał, bo wylazł innym korytarzem.

Przyjrzałam się dokładniej- w piasku znajdowały się trzy wgłębienia. Nie namyślając się długo- zasypałam dwa z nich, żeby móc czatować tylko przy jednym. Bolek zwyzywał mnie od wandali. Tymczasem, kiedy nakarmiłam skorupiaka mielonką z bułki, schował się z powrotem do ostatniej dziury i sam ją zasypał piaskiem, więc można powiedzieć, że ułatwiłam mu życie 😉 Po godzinie urabiania zwierzaka, żeby wyszedł (strasznie tchórzliwe z nich stworzenia), traktuję go wręcz jako bliskiego znajomego z podróży 😉

Trinidad - Ancun - krab z mielonką      Trinidad - Ancun - krab spieprzajacy z mielonka

Na pierwszym zdjęciu widać kraba próbującego mielonkę. Na drugim, jak znika w dziurze z ową mielonką 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *