Zakopane 2015

Zakopane odwiedziliśmy dwa razy: w roku 2014 i 2015. Drugi wyjazd uważamy za bardziej udany, a dlaczego napiszę niżej.

Ale najpierw – Jak się przygotować do podróży w góry.

Nie należymy może do najbardziej ostrożnych turystów i patrząc na nasz „spacer” do Morskiego Oka (opis poniżej) najmądrzejszych. Jednakże są pewne podstawy, które zachowujemy i które radzimy zachować każdemu.

Przede wszystkim buty.

Widzieliśmy panią (i to bynajmniej niemłodą, więc wypadałoby, żeby trochę oleju w głowie miała), która szła na Kasprowy w drewniakach (aż żałuję, że nie mam zdjęcia). Buty w góry powinny być pełne, mieć grube podeszwy i być lekkie, żeby nie obciążać dodatkowo stóp . Sama poszłam w adidasach, bo planowaliśmy wyjazd kolejką, a nie wyjście na nogach i nieco obiłam sobie stopy.

Po drugie strój.

Dwa lata później idąc na Turbacz widzieliśmy ludzi ubranych w krótkie spodenki i podkoszulki na ramiączkach. Owszem na dole było sporo ponad 20 stopni, ale 2 kwietnia, to nie pora na letnie ubranie na wysokości 1314 metrów, gdzie wciąż śniegu jest po kolana.

Przede wszystkim kurtka przeciwdeszczowa. W lecie powinna wystarczyć cienka, ale od września do czerwca radzę ocieplaną, bo temperatura wraz z wysokością spada. Dobrze jest mieć ze sobą w plecaku spodnie przeciwdeszczowe. Pamiętajcie- pogoda w górach może się zmienić w ciągu 5 minut- dosłownie.

Strój w góry?

Po trzecie jedzenie i picie.

Kiedy macie kilkukilometrowy spacer pod górę na pewno zdążycie zgłodnieć i zachce się Wam pić. Chyba głupio byłoby wzywać GOPR, bo zasłabliście z głodu lub pragnienia?

Zakopane 2015

Nie zachowam tu chronologii naszych wycieczek do Zakopanego. Wyjazd w 2015 roku bardziej nam dopisał dzięki pogodzie i możliwości rozkoszowania się widokami i pięknym zdjęciom. Rok wcześniej widzieliśmy tylko mgłę 🙁

Podobnie, jak w Ustroniu  w Zakopanym mieszkaliśmy w Domu Pracy Twórczej uczelni, w której pracuję. Dzięki temu mieliśmy dobrą lokalizację w super cenie. Do tego dostępność kuchni i możliwość samodzielnego przygotowywania posiłków (przynajmniej śniadań i kolacji) była dodatkowym plusem.

Morskie Oko

Zakopane - Morskie Oko

Morskie Oko (E).

Z Krakowa mieliśmy się wybrać wcześnie, żeby zaraz w pierwszym dniu po przyjeździe móc się przespacerować nad Morskie Oko. Jak dotychczas plany wczesnego wyjazdu udało nam się zrealizować tylko raz (jadąc do Zamościa). Do Zakopanego przyjechaliśmy oczywiście popołudniu (koło 15). W czerwcu dni są raczej długie, więc to nie było problemem, ale chwile po tym, jak zaparkowaliśmy na parkingu przy trasie nad najbardziej oblegane w Tatrach jezioro, zaczęło się zbierać na burzę. Każdy normalny i rozsądny turysta zabrałby samochód i udał się do kwatery, nie ryzykując burzy w górach. My oczywiście uparcie ruszyliśmy na szlak (modląc się, żeby nie wylądować w wiadomościach, jak inni idioci ściągani przez TOPR). Kiedy my wędrowaliśmy w górę, wszyscy inni w szybkim tempie uciekali na dół.

Burza na szczęście przeszła bokiem i nie trafił nas żaden piorun, ale z deszczem już się nie udało. Typowa w takich sytuacjach ulewa, trwająca koło godziny, strugami deszczu postanowiła nas nauczyć rozsądku. Kurtki deszczowe chroniły nas od góry, ale spodnie po minucie mogliśmy wyrzynać.

Zanim jeszcze zaczęło padać zrobiliśmy kilka zdjęć po drodze. Po prawej Wodogrzmoty Mickiewicza.

Zakopane - droga nad Morskie Oko Zakopane - Wodogrzmoty Mickiewicza

Jezioro

Na miejsce dotarliśmy już po burzy.

Zakopane - Morskie Oko

Zakopane – Morskie Oko. Piękny widok i praktycznie żadnych turystów poza nami (E).

Zakopane - Morskie Oko

Morskie Oko raz jeszcze (E).

W sumie to mieliśmy głupie szczęście, bo poza przemoczeniem nie spotkało nas nic złego, a pogoda wypłoszyła resztę turystów i zawsze oblegane Morskie Oko było prawie tylko dla nas (kręciło się tam kilka osób, ale nie więcej niż 10). Za to widok, jaki się ukazał naszym oczom, kiedy okrążaliśmy brzeg, wart był przemoczenia nawet kilku par spodni.

Zakopane – Morskie Oko – tęcza – ten widok chyba nie wymaga komentarza (E).

Po wypiciu, dla rozgrzania, herbaty z sokiem malinowym w schronisku, ruszyliśmy w dół. Przemoczone spodnie ciążyły nam- mokry jeans jest wyjątkowo niewygodny, nie mówiąc o tym, że koszmarnie zimny, a na tej wysokości po burzy nie ma co liczyć na czerwcowy upał. Chłop, który chciał dopełnić fasiąg tak się targował, że prawie nas przekonał do skorzystania z jego wozu i tych biednych szkapin, które go ciągnęły. Jednak z góry za nami szło jeszcze 3 turystów i widząc ich doszedł najwidoczniej do wniosku, że tam może zarobić więcej, toteż drogę powrotną pokonaliśmy tak, jak tą do góry- na własnych nogach. Za to w tempie ekspresowym, bo byliśmy zdrowo zmarznięci.

Jako, że na co dzień mało się ruszam i standardowo nie chodzę za dużo, tempo marszu góra-dół spowodowało, że rozbolało mnie biodro. Po dojechaniu do miejsca naszej kwatery przebraliśmy się, zjedliśmy coś i rozłożyliśmy się na łóżku. Poszliśmy dość wcześnie spać, bo następnego dnia planowaliśmy wycieczkę na Giewont.

Giewont

Następnego dnia rano plany uległy nieco zmianie- biodro wciąż mnie bolało, więc stwierdziłam, że nie dam rady dojść na Giewont. Bolek chciał przynajmniej zobaczyć Kalatówki, gdzie rozgrywała się akcja jednego z kryminałów, który ostatnio czytał, więc spacerkiem ruszyliśmy w tamtą stronę. Na tak krótki spacer spakowałam nam po jednej kanapce i po pół litra wody. Jednak kiedy dotarliśmy do schroniska, stwierdziłam, że trasa jest łatwa i odpoczywając możemy dojść do Hali Kondratowej. Po czym okazało się, że na miejscu biodro przestało mnie boleć i ostatecznie dotarliśmy na sam szczyt, chociaż za halą zaczynało się znacznie ostrzejsze podejście. Końcówka to jak wyjście na kilometrową wieżę po schodach.

Zakopane droga na Giewont

Droga na Giewont (E).

Niestety nie planując tego rano, nie zabraliśmy za dużo prowiantu, więc pod krzyżem zamiast źrenic mieliśmy po dwa schabowe w oczach, a tu jeszcze trzeba było zejść. Po drodze płynęły górskie strumyki z orzeźwiającą wodą, więc przynajmniej nie groziła nam śmierć z pragnienia.

Szczyt – Krzyż na Giewoncie

Zakopane - Giewont - widok na krzyż

Zakopane – Giewont – widok na krzyż (E).

Widok spod krzyża na Giewoncie. Tym razem mieliśmy okazję podziwiać panoramę Tatr, nie jak w poprzednim roku na Kasprowym- mgłę (E).

Zakopane - Giewont - krzyż

Giewont – krzyż (E).

Kozice

I znowu widok, jaki ukazał się naszym oczom gdy schodziliśmy (drugim zboczem góry w kierunku Przęłęczy w Grzybowcu i Krzeptówek), wart był głodu podobnie, jak wczoraj przemoczonych spodni. Stado kozic z młodymi wędrowało w wyższe partie gór, żeby na sezon schronić się przed turystami. Dzień później już by ich nie zobaczył.

Zakopane - Giewont - kozice

Zakopane – Giewont – kozice (E).

Zakopane - Giewont - kozice

Kozice raz jeszcze (E).

Chatka Św. Brata Alberta

Zapomniałam wspomnieć, że idąc na Giewont przechodziliśmy (w dolnych jego partiach) koło chatki św. Brata Alberta Chmielowskiego. Wstąpiliśmy do kaplicy, obejrzeliśmy domek i napiliśmy się ze źródełka. Od tego czasu co roku spotykamy się w różnych miejscach naszych pobytów ze wspomnieniami o tym świętym. Np. rok później w Ustroniu  przechodziliśmy koło kościoła p.w. Chrystusa Króla Wszechświata i parafii św. Brata Alberta.

Zakopane - Chatka św. Brata Alberta

Zakopane – Chatka św. Brata Alberta (E).

Siklawica

Schodząc z Giewontu spotkaliśmy parę (znacznie starszą od nas), którą łączyły wspólne wędrówki. Rozmawialiśmy z nimi trochę i postanowiliśmy razem pokonać ostatni odcinek, zahaczając przy okazji o Siklawicę.

Zakopane – Giewont – Siklawica po drodze z Przełęczy w Grzybowcu do Krzeptówek.

Na dole poszliśmy z nimi do knajpy, którą polecali- Żabi Dwór. Co racja, to racja- jedzenie było pycha. Aczkolwiek po jakichś 6 godzinach ze skromnym drugim śniadankiem smakowałoby nam wszystko. Robił się wieczór, była fajna atmosfera, Bolek zamówił piwko, ja grzańca i tak posiedzieliśmy prawie do zmroku.

Jak się okazało, moje nieprzyzwyczajone do wędrówek stopy i kostki (pomimo dobrych butów) po porządnym spacerze i winku nieco spuchły. Kiedy wyszliśmy z restauracji ledwo kuśtykałam, a tu trzeba było dotrzeć do miejsca noclegu na nogach, bo nic nie jechało. Kiedy (już nocą) doczłapaliśmy do naszego pokoju, padliśmy ze zmęczenia, jak staliśmy. Siusiu mi się chciało, ale Bolek pierwszy zajął łazienkę (jak zwykle- taki z niego dżentelmen). Chociaż pęcherz mi pękał, ze zmęczenia w ciągu minutowego pobytu Bolka w kibelku, zdążyłam zasnąć. Obudziłam się koło 2 w nocy i dopiero wtedy załatwiłam potrzebę. Prysznic obydwoje wzięliśmy dopiero rano- wcześniej nie bylibyśmy już w stanie.

Krupówki

Ostatni dzień pobytu przed wyjazdem, z obolałymi nogami, spędziliśmy lansując się po Krupówkach i sprawdzając tamtejsze knajpy pod względem jakości i ceny jedzenia. Podobnie popróbowaliśmy deserów i lodów. No cóż- drogo, a wcale nie powala. Kolibecka i Żabi Dwór, to znacznie lepsze wybory. No, ale co kto lubi. Jeśli nie wyobrażacie sobie jeść poza ścisłym centrum, to zostaje Wam przepłacać za lokalizację.

 

Kościół Świętego Krzyża na Obidowej w Rdzawce (Chabówce)

Po drodze do Zakopanego teoretycznie nam się spieszyło- jak zwykle wyjechaliśmy późno. Jednakże nie zmarnowaliśmy okazji, widząc przy drodze drewniany kościółek, wyglądający na dość stary. Kiedy się zatrzymaliśmy, okazało się, że to kościół Św. Krzyża na Obidowej. Jedni piszą, że w Chabówce, inni w Rdzawce. Co do Chabówki, ponoć warto zwiedzić tam Skansen Taboru Kolejowego. My dowiedzieliśmy się o tym później, a ponadto nie mieliśmy czasu, więc nie mogę powiedzieć nic więcej na ten temat.

Kościół Świętego Krzyża „na Obidowej” w Rdzawce (nie miałam tak ładnego zdjęcia całego kościoła, więc niestety zapożyczenie z Wikipedii).

Ciekawe miejsce z wielu względów. O samym jego powstaniu krążą legendy, prawdopodobnie dlatego, że wybudowany został z dala od siedzib ludzkich, co raczej się nie zdarzało. Druga ciekawa sprawa, to cudowne ocalenie z pożaru ponad 20 lat temu (1994).

Kościół został wybudowany w 1757 roku w miejscu dawnej kaplicy. Legenda mówi o bogatym kupcu, który wzywając pomocy Bożej (bądź Krzyża Świętego) został uratowany od zbójów. W miejscu ratunku ufundował kościół. Są trzy wersje historii, ale nie będę ich tu przytaczała (przynajmniej na razie). Oficjalnie fundatorem świątyni był Jan Wielopolski, wojewoda sandomierski. Niektórzy utożsamiają go z owym bogatym kupcem.

Ołtarz w Kościele Świętego Krzyża na Obidowej w Chabówce (E).

Pożar

Dla nas ciekawszą była historia ocalenia z pożaru. W 1994 roku kościół został podpalony. Nie wiadomo przez kogo. Drewniany budynek płonął jak pochodnia. Prawdopodobnie nie udałoby się go ocalić, gdyby nie przejeżdżająca wtedy jednostka ze Szkoły Aspirantów Państwowej Straży Pożarnej w Krakowie. Jechali oni wtedy na ćwiczenia, albo wracali z nich (nie pamiętam już) i widząc pożar zatrzymali się. Należy tu dodać, że mieli nowoczesny (przynajmniej na tamte czasy) sprzęt. Szczególnie pomocny okazał się 30-metrowy wysięgnik, dzięki któremu można było gasić ogień od góry. Żadna inna jednostka straży nie dojechała tak szybko i nie miała takich możliwości gaśniczych. Czy to przypadek, czy ręka opatrzności, w każdym razie kościół został uratowany.

Nie jest to oryginalna scena spod krzyża z XVIII wieku, gdyż w tym miejscu dokonano podpalenia i cała ta część kościoła uległa zniszczeniu. Za ścianą znajduje się ołtarz (E).

Cdn…

Zakopane 2014

Zdjęć nie wkleję. Przynajmniej na razie. Wcięło mi je. Dosłownie pochłonęła czarna dziura. Zniknęły i nijak je znaleźć 🙁 Zresztą i tak nie byłoby się czym chwalić, bo chociaż w samym Zakopanym było słonecznie, to zarówno na Kasprowym, jak i na Gubałówce mgła uniemożliwiała zobaczenie siebie nawzajem, a co dopiero jakichkolwiek widoków.

Nocleg mieliśmy przedni, ale nie będę o nim pisać, bo to miejsce już nie istnieje.

Kasprowy

W pierwszym dniu (pomijając dzień przyjazdu) poszliśmy na Kasprowy. Bolek się ze mnie nabija, że najchętniej wjechałabym na sam szczyt samochodem, a to nie tak- chciałam podjechać do Kuźnic. Mężuś tymczasem uparł się iść na nogach. Po przejściu kawałka trasy skończyło się na busie. W sumie najlepsze rozwiązanie. Samochodem ciężko byłoby zaparkować i kosztowałoby to zapewne nie wiadomo jak dużo, a na nogach byśmy się zmęczyli zanim dotarlibyśmy do podnóża góry.

Zakopane - Kasprowy z Myślenickich Turni

Zakopane – Kasprowy Wierch. Widok od Myślenickich Turni. Żeby nie było, że nic sobie nie pooglądacie, to zapożyczę się z Wikipedii.

Zakopane - Kasprowy z kolejki

I jeszcze raz Kasprowy z Wikipedii- widok z kolejki linowej.

Po dotarciu do Kuźnic kolejka do kolejki okazała się tak długa, że stwierdziliśmy, że szybciej będzie na nogach. Trochę czasu to zajęło, ale doszliśmy na górę. Po drodze temperatura (jak to w górach) spadła. Jak wyruszaliśmy w drogę, to świeciło piękne słońce, tymczasem na wysokości 3/4 góry zaczął kropić deszcz. A jak osiągnęliśmy szczyt czekała nas bardzo niemiła niespodzianka- mgła. Nawet, gdybym mogła odnaleźć zdjęcia, to i tak nie mogłabym się pochwalić panoramą Tatr z Kasprowego. Taki obłok spowijał górę, że ledwo własną dłoń widziałam na odległość wyciągniętej ręki.

Zakopane - panorama Tatr

Taki widok mielibyśmy z Kasprowego, gdyby nie mgła- panorama Tatr. I znowu zapożyczenie z Wikipedii.

Ponieważ pogoda z minuty na minutę się pogarszała, na dół wróciliśmy kolejką. Ze zjazdem nie ma takiego problemu, jak z wyjazdem i nie czekaliśmy w ogonku. Decyzja dobra, bo ledwo wagonik ruszył, zaczęło dość mocno padać.

Zanim się wybierzecie w góry- sprawdźcie pogodę i warunki na szczycie.

Przed wyruszeniem na Kasprowy doradzam rzut okiem na widok z kamerek dostępnych on-line i sprawdzenie pogody konkretnie dla samego szczytu, a nie tylko Zakopanego. Na naszym przykładzie widać, że pogoda i temperatura w samym Zakopanem może się znacznie różnić w stosunku do tej na szczycie góry.

Strona- kamerki on-line: http://www.pkl.pl/kasprowy-wierch/kamery-online.html

Pogoda:


Gubałówka

Kolejnego dnia wybraliśmy się na Gubałówkę. Tu już wyjechaliśmy wagonikiem. I znowu pech. Jak na Kasprowym często się zdarza mgła, tak na Gubałówce podobno (wg mieszkańca Zakopanego) bardzo rzadko. No i nam się to rzadko przytrafiło. Bez komentarza.

Porównując dwie kolejki- na Kasprowy wagoniki poruszają się w powietrzu, na Gubałówkę po ziemi.

Jedzenie

Z tego wyjazdu jedyne, co nam się udało, to trafiliśmy na fajna knajpę. Po zjechaniu z Kasprowego zmęczeni i nieco zmarznięci, a przede wszystkim wilczo głodni myśleliśmy gdzie by tu coś wszamać. Bolek znalazł na telefonie Kolibecką. Strzał w dziesiątkę. Zamówiliśmy żurek. Co prawda, jak zobaczyłam cenę, to miałam ochotę uciekać, ale jestem szczęśliwa, że zostaliśmy. 16 zł wydawało się dużo, do czasu, aż dostaliśmy zamówione danie. Pół litra żurku, gęstego od kiełbasy i do tego talerz zapiekanych ziemniaczków z boczkiem. Jak nic starczyło za pierwsze i drugie danie. Aczkolwiek pierogów nie polecam- wychodzą drogo, a nie powalają smakiem (to z drugiego pobytu w 2015 roku).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *